wtorek, 19 kwietnia 2016

73. Wileńskie nekropolie czyli wycieczka po cmentarzach w Wilnie

Odkąd tylko pamiętam, na myśl o Wilnie zawsze do głowy przychodził mi jeden z najpiękniejszych cmentarzy na jakim byłam - Cmentarz na Rossie. Dlatego przy kolejnym pobycie w stolicy Litwy cmentarz ten był pierwszym miejscem na mojej liście miejsc do zobaczenia. Postanowiłam spędzić tam sporo czasu i spokojnie go odkrywać.


 Niestety pogoda popsuła trochę moje plany. W dniu, kiedy wybrałyśmy się na ten cmentarz, rano była piękna pogoda. Postanowiłam nie brać więc parasola, który zajmuje miejsce w torebce. Płaszcza przeciwdeszczowego również nie wzięłam. Niedaleko cmentarza pogoda znacznie się pogorszyła i rozpętała się wielka burza z piorunami, a deszcz lał się strugami naokoło. Postanowiłam dzielnie przeczekać to oberwanie chmury i szczęśliwie, niebawem znów wyszło słońce.


Cmentarz na Rossie to wyjątkowe dla Polaków miejsce. Losy naszej historii nierozerwalnie łączą się z tym miejscem. To dlatego wycieczki z Polski przewijają się przez cmentarz bez końca bez względu na pogodę. Cieszę się, że miałam czas na spokojnie zwiedzanie tej nekropolii. Pamiętałam już ją z pierwszego pobytu, ale zapewne wtedy wyglądało to tak, jak tegoroczne wycieczki, które mijałam. Do kilku się przyłączyłam, aby posłuchać ciekawostek, jednak oni uciekali po 10 minutach, a ja nadal spacerowałam między nagrobkami.


Przy wejściu do starej części cmentarza znajduje się duży, czarny nagrobek. Pochowana została tam matka Józefa Piłsudskiego Maria oraz serce samego marszałka. Jak wiadomo, pozostałe prochy wielkiego przywódcy  leżą na Wawelu w Krakowie.


Naokoło grobowca Piłsudskich znajduje się cmentarz wojskowy. Pochowano tutaj żołnierzy walczących w obronie ojczyzny- wtedy jeszcze Polski w latach 1919-1920.


Oprócz nagrobków żołnierzy na Rossie znajdują się prochy wielu słynnych Polaków, między innymi Euzebiusza Słowackiego (poeta, literaturoznawca, ojciec Juliusza Słowackiego), Joachima Lelewela (profesor Uniwersytetu Wileńskiego), Karola Podczaszyńskiego (profesor architektury) i wielu innych.


Sama architektura cmentarza zachwyca. Jest on położony na zboczu wzgórza, nagrobki ułożone są piętrowo. Między nimi znajdują się małe i duże ścieżki, strome schody i mnóstwo zielonej trawy.


Niektóre nagrobki nie wyróżniają się wśród innych.   Inne są wyjątkowe i warto zatrzymać się przy nich choćby na chwilę w celu podziwiania walorów artystycznych. Pewnie jest to dosyć nietypowe, ale bardzo lubię zwiedzanie cmentarzy, szczególnie tych z przepięknymi nagrobkami. Cmentarz na Rossie jest jednym z ładniejszych cmentarzy, jakie miałam okazję oglądać. A już na pewno jest najpiękniejszą nekropolią w Wilnie.

                 


W moim przewodniku było kilka informacji o innych cmentarzach wileńskich. Gdy zostało nam trochę czasu, poszłyśmy na spacer także i tam. Jednym z nich jest cmentarz  prawosławny św. Eufrozyny. Miałam nadzieję zobaczyć jakiś wyjątkowe nagrobki, których nie widuje się na co dzień. Niestety nie znalazłam tam nic zaskakującego.


Kilka nagrobków zrobiło na mnie wrażenie. Byłyśmy jedynymi żywymi osobami na tym ogromnym cmentarzu. Nie mogłyśmy znaleźć wyjścia i trochę dziwnie się tam czułyśmy. Jeśli mam być szczera, myślę, że ten cmentarz można sobie darować.


Zaraz przy cmentarzu prawosławnym znajduje się cmentarz staroobrzędowców. Moje zdanie na jego temat jest bardzo podobne jak o sąsiednim cmentarzu. Zaraz przy cmentarzu znajduje się cerkiew Pokrowska, jednak nie udało nam się wejść do środka. Okolica jest dosyć specyficzna, jak typowa mała wioska. Psy chodzą po ulicy samopas, chatki rozpadają się, ludzie patrzyli na nas jak na intruzów. Postanowiłyśmy zbierać się  stamtąd jak najszybciej.

poniedziałek, 7 marca 2016

72. Zarzecze czyli Uzupis po litewsku na dobry poniedziałek!

Wybierając się do Wilna kupiłam przewodnik, zaczytywałam się w różnych blogach i szukałam informacji. Pierwszą ciekawostką, która przykuła moją uwagę była dzielnica Uzupis (po polsku Zarzecze), wraz ze swoją ciekawą historią, konstytucją i zasadami. Postanowiłam odwiedzić to miejsce w czasie mojego pobytu. Zaskoczenie przyszło bardzo szybko, bo już pierwszego dnia, kiedy to okazało się, że hostel w którym mieszkamy, znajduje się właśnie w dzielnicy Zarzecze. Dzięki temu miałam możliwość dogłębnego zwiedzenia tej dzielnicy o każdej porze dnia i nocy ;)


Nietrudno się domyślić, że nazwa Zarzecze wzięła się z rzeczywistego położenia tej dzielnicy - za rzeką Wilenką. Zarzecze samo w sobie zostało ustanowione niezależną republiką. Ma własnego prezydenta, flagę, hymn, armię (17 osobową) oraz konstytucję! To dzielnica artystów, często porównywana do paryskiego Montmartre. Osobiście oprócz samej idei, zbyt wielu podobieństw nie widzę. Co ciekawe Zarzecze ma nawet własne święto narodowe, które wypada...1 kwietnia i jest dniem w którym świętuje się ogłoszenie niepodległości Zarzecza, które miało miejsce 1 kwietnia 1997 roku.


Zarzecze (Uzupis) to wspaniały kawałek Wilna, gdzie można spotkać ciekawych ludzi i ciekawe miejsca zupełnie z nienacka. Z jednej strony powoli robi się to dzielnica dla ludzi bogatszych, z małymi, klimatycznymi knajpkami. Z drugiej strony jest to nadal dzielnica artystów, a przypominają o tym różne murale na ścianach budynków, czy zdobienia w podwórkach.



Głównym placem Zarzecza jest niewielki kawałek przestrzeni z posągiem anioła dmiącego w róg. Posąg ustawiony jest na wysokiej kolumnie. W czasie mojego pobytu w dzielnicy zmarła jedna z artystek. Przez kilka dni pod tymże posągiem ustawione były znicze wraz ze zdjęciem zmarłej.


Most łączący dwa brzegi Wilenki to początek Republiki Zarzecza. Zakochani wieszają tutaj kłódki ze swoimi imionami, następnie wyrzucają klucze do rzeczy i tym sposobem ich miłość ma trwać wiecznie.

Pod mostem zawisła huśtawka na której ludzie w lecie czasem huśtają się, co musi być świetną zabawą. Ja sama jednak nie zdecydowałam się.



Warto zaglądać w boczne uliczki, zakamarki. Może niekoniecznie w środku nocy, bo nie zawsze jest tam superprzyjemnie, jednak w słoneczny dzień jak najbardziej. Jedno ze zdjęć z podwórek mogliście zobaczyć na moim Facebooku w czasie mojego pobytu w Wilnie.



Skoro istnieje zarzeczański rząd i prezydent, musi być też coś na kształt siedziby władz. Takim miejscem jest knajpka Zarzecze. Zaraz przy moście na Wilence, przy wjeździe do Republiki. To tam rządzący spotykają się na obrady. W tym samym miejscu spotykają się miejscowi artyści, aby napić się litewskiego piwa czy porozmawiać.



Próbowałyśmy się także dostać do najmniejszego wileńskiego kościoła pw. Św. Bartłomieja, jednak niestety był zamknięty. Może ktoś inny miał więcej szczęścia i wie jak wygląda ta malutka świątynia w środku?


Na sam koniec najciekawsza część Zarzecza, a mianowicie konstytucja. Dla mnie mogłaby być ona kodeksem życia dla większości ludzi. Składa się z kilkudziesięciu podpunktów. Całość konstytucji można przeczytać  na jednej z ulic, gdzie wisi na lustrzanych tablicach wygrawerowana w kilku językach. Zaintrygowały mnie szczególnie te lustrzane tablice. Czytając konstytucję, cały czas patrzę na swoje odbicie. To takie zapewne symboliczne znaczenie, że każdy ma tej konstytucji przestrzegać.

   1. Człowiek ma prawo mieszkać nad Wilenką, a Wilenka przepływać obok człowieka.
   2. Człowiek ma prawo do ciepłej wody, ogrzewania w zimie i do dachu z dachówek.
   3. Człowiek ma prawo umrzeć, ale nie jest to jego obowiązkiem.
   4. Człowiek ma prawo do błędów.
   5. Człowiek ma prawo do wyjątkowości.
   6. Człowiek ma prawo kochać.
   7. Człowiek ma prawo być niekochany, ale niekoniecznie.
   8. Człowiek ma prawo być nieznany i niewybitny.
   9. Człowiek ma prawo do lenistwa i nicnierobienia.
  10. Człowiek ma prawo kochać kota i opiekować się nim.
  11. Człowiek ma prawo opiekować się psem do końca życia (swego lub psa).
  12. Pies ma prawo być psem.
  13. Kot nie ma obowiązku kochać swego pana, ale powinien pomóc mu w trudnej chwili.
  14. Człowiek ma prawo czasami nie wiedzieć, czy ma obowiązki.
  15. Człowiek ma prawo wątpić, ale nie jest to jego obowiązkiem.
  16. Człowiek ma prawo do szczęścia.
  17. Człowiek ma prawo do nieszczęścia.
  18. Człowiek ma prawo do milczenia.
  19. Człowiek ma prawo do wiary.
  20. Człowiek nie ma prawa do przemocy.
  21. Człowiek ma prawo uświadomić sobie swoją małość i wielkość.
  22. Człowiek nie ma prawa porywać się na wieczność.
  23. Człowiek ma prawo rozumieć.
  24. Człowiek ma prawo niczego nie rozumieć.
  25. Człowiek ma prawo być różnej narodowości.
  26. Człowiek ma prawo obchodzić swoje urodziny albo ich nie obchodzić.
  27. Człowiek powinien pamiętać, jak się nazywa.
  28. Człowiek może się dzielić tym, co ma.
  29. Człowiek nie może się dzielić tym, czego nie ma.
  30. Człowiek ma prawo mieć braci, siostry i rodziców.
  31. Człowiek może być wolny.
  32. Człowiek jest odpowiedzialny za swoją wolność.
  33. Człowiek ma prawo płakać.
  34. Człowiek ma prawo być niezrozumianym.
  35. Człowiek nie ma prawa zrzucać winy na innych.
  36. Człowiek ma prawo do indywidualizmu.
  37. Człowiek ma prawo nie mieć żadnych praw.
  38. Człowiek ma prawo się nie bać.



NIE ZWYCIĘŻAJ

NIE BROŃ SIĘ
NIE PODDAWAJ SIĘ


poniedziałek, 15 lutego 2016

Krótko o stolicy Litwy czyli Wilno organizacyjnie

Większość z nas szuka egzotyki i inności w czasie wakacji. Ja jednak postanowiłam w te wakacje wrócić do miejsca, które urzekło mnie już jako 12 letnią dziewczynkę - do Wilna. To właśnie tam byłam pierwszy raz bez rodziców za granicą, na wycieczce szkolnej. Pamiętam, że zwiedziłam wtedy znaczną część Litwy i mieszkałam w różnych miejscach, głównie nad morzem w okolicach Kłajpedy. Z racji, że tym razem miał być to niezbyt długi wyjazd, nie udało mi się dotrzeć na północ Litwy, jednak ogromną radość sprawiło mi odwiedzanie Wilna po raz kolejny. Z jednej strony przez te prawie 10 lat trochę się zmieniło, niektóre miejsca zostały jednak nietknięte. Nadal są miejsca w Wilnie, które chętnie bym zwiedziła, bo nie miałam okazji ich zobaczyć, jednak myślę, że widziałam już tyle, aby móc napisać dla Was post organizacyjny ze wskazówkami, jak zorganizować kilkudniowy pobyt u naszych sąsiadów.

 Transport
Do Wilna można dotrzeć na wiele różnych sposobów. Samolot to opcja oczywiście najszybsza i najdroższa. Nie spotkałam się do tej pory z promocjami na bilety lotnicze do Wilna, więc podejrzewam, że takich promocji po prostu nie ma. Inną opcją często wybieraną jest autostop. Ale to wiadomo, że to trochę loteria. Najpewniejszym środkiem transportu jest autobus. Do Wilna z Polski jeździ kilku przewoźników, między innymi Polski Bus, Eurolines czy Lux Express. Ceny są nie takie wysokie i często można trafić na fajne promocje. Nam się udało kupić bilet do Wilna z Warszawy za 29 zł w jedną stronę! To prawie tyle, ile płacę wracając z Katowic do Tarnowa. No grzech było nie kupić takich niedrogich biletów na wakacje. Podróż autokarem trwa około 7 godzin. 


Poruszanie się po mieście    
Wilno jest na tyle niewielkim miastem, że spokojnie można się przemieszczać piechotą. Jednak jadąc z bagażami na Zarzecze do hostelu, zdecydowałyśmy się na autobus miejski. Bilet kosztuje niewiele, można go zakupić w kiosku zaraz przy stacji, natomiast w ogóle nie pojmuję do dzisiaj jak należy go kasować. Wkłada się bilet do szczeliny i coś przechyla. Dla mnie kosmos nadal, musiałyśmy poprosić o skasowanie biletu jakąś studentkę, która wyglądała na ogarniętą w temacie znacznie bardziej niż my. Być może dlatego właśnie zdecydowałyśmy się na podróż autobusami miejskimi tylko raz. 


Wilno od strony kulinarnej
Stolica Litwy to raj dla smakoszy tłustej, sycącej kuchni. Ich tradycyjne potrawy są podobne do tych polskich. Z tradycyjnej kuchni litewskiej próbowałam cepelinów, które wyglądały jak bardzo duże pyzy z mięsem w środku. Trafiłam do jednego z najlepszych i najczęściej polecanych lokali z kuchnią litewską, gdzie cepeliny smakowały naprawdę wybornie a cena za porcję nie przekraczała 4 euro! Lokal Forto Dvaras znajduje się przy głównym deptaku na Starówce. Samo oglądanie menu powoduje u mnie ślinotok. Chociaż obsługa była średnio miła, ceny i smak były bardzo dobre. Innym lokalem, który odwiedziłam, była polecana też naleśnikarnia. Znajduje się ona niedaleko Ostrej Bramy i zachęca wszystkich do spróbowania smakołyków. Zachwycił mnie wystrój lokalu i wyszukane menu naleśnikowe. Przyznam, że ceny też mnie pozytywnie zaskoczyły. Dodatkowo można tam dostać naleśniki bezglutenowe, raj dla alergików. Lokal nazywa się Gusto Blynine i jest to kolejne miejsce w Wilnie, gdzie można dobrze i niedrogo zjeść. 


Na dworcu w kiosku zauważyłam ciekawe batoniki o dźwięcznej nazwie 'pupa'. Postanowiłyśmy wypróbować jak smakują pupy ;) Wyobraźcie sobie kupowanie takich batoników "good morning, two pupas, please" ;)


Noclegi
Zdecydowałyśmy się na wynajęcie łóżka w hostelu, gdyż nie od dziś wiadomo, że raczej Litwini miłością do Polaków nie pałają. Zrobiłyśmy to również dlatego, że w sezonie ściśle wakacyjnym ciężko jest znaleźć hosta na couchsurfingu. Wybrałyśmy hostel Filaretai na Zarzeczu. Mieszkałyśmy w pokoju wieloosobowym, co czasami skutkowało ciekawymi przygodami. Na przykład pewnego dnia cały spory pokój został zastawiony bagażami i suszarkami z praniem. Później okazało się, że do naszego pokoju wprowadziło się dwóch Turków i mają zamiar spędzić w tym pokoju najbliższe kilka miesięcy. Aha ;) Moja opinia na temat hostelu Fileretai jest jak najbardziej pozytywna. Obsługa jest bardzo miła, łazienki są czyste, do tego ogólnodostępna kuchnia. Nic więcej nie potrzeba mi do funkcjonowania w czasie wakacyjnego wyjazdu. Cena za nocleg wyszła 8 euro za łóżko w pokoju 8 osobowym. 


Zwiedzanie
Wilno, z racji, że należało niegdyś do Polski, dla Polaków ma szczególnie dużo miejsc do zwiedzenia. Dla mnie miejscem najważniejszym był Cmentarz na Rossie. To przepięknie położona na wzgórzu nekropolia z przepięknymi nagrobkami. Chodziłam po nim jak urzeczona, mimo padającego deszczu i ogromnej burzy, którą przesiedziałam pod drzewem z parasolem. Cała Starówka jest również  przepiękna i warta zobaczenia. Zdecydowanie polecam zajrzenie do dzielnicy Zarzecze, która kryje w bramach i podwórkach mnóstwo ciekawych dzieł artystycznych. Przepiękny Uniwersytet Wileński, Ratusz, Katedra, Góra Trzech Krzyży to wszystko miejsca, które warto zobaczyć. No i oczywiście świątynie, których jest bez liku, a co jedna to piękniejsza. Nie można również zapomnieć o zamku w Trokach. Wprawdzie Troki to miejscowość położona kilkanaście kilometrów od Wilna, jednak zdecydowanie jest to 'must see' dla turystów, którzy przebywają w Wilnie i są w stanie wygospodarować choć pół dnia na  zwiedzanie tego miasteczka. 


Komunikacja z ludźmi
Językiem, którego używałam głównie, jest oczywiście angielski. Nigdzie nie sprawiał on problemów. Litwini, chyba tak jak Polacy, zdają sobie sprawę, że ich język jest zbyt trudny, aby się go uczyć, więc przykładają wagę do nauki angielskiego. Język polski też często można usłyszeć, jednak nie jest on popularny w Wilnie, bardziej na obrzeżach, gdzie znajdują się polskie dzielnice i kościoły, takie jak kościół Jana Bosko, gdzie prawie 10 lat temu moja wycieczka została ugoszczona przez tamtejszego proboszcza. 



Ceny w Wilnie
Ceny były dla mnie sporym zaskoczeniem, Myślałam, że po prowadzeniu euro jako waluty obowiązującej, ceny pójdą gwałtownie w górę i przelicznik będzie porównywalny do tego w Paryżu czy w Wiedniu. Na szczęście tak się nie stało. Ceny są naprawdę niskie i bardzo podobne do tych polskich.     W restauracjach mając 5 euro spokojnie zjemy jakieś sycące danie i napijemy się wody czy soku. Wilno to było pierwsze miejsce, gdzie nie wahałam się iść do restauracji na obiad czy kolację, gdyż wiedziałam, że na pewno nie wyszło by taniej zrobienie zakupów i ugotowanie czegoś. Dlatego Wilno, moim zdaniem, świetnie nadaje się jako cel wycieczek dla osób, które nie zdążyły odłożyć sporej kwoty, a koniecznie chcą gdzieś wyjechać bez zaciągania kredytów. 


Ubezpieczenie
Wprawdzie Litwa należy do Unii Europejskiej i karta EKUZ obowiązuje i tutaj, jednak ja, jak zwykle, zdecydowałam się na dokupienie dodatkowego ubezpieczenia na cały czas podróży. Zawsze czuję się pewniej wiedząc, że płacąc kilkanaście złotych, będę miała opiekę lekarską bez dopłat i w razie jakiegoś nieszczęścia, nie obciążę rodziców ogromnymi kosztami leczenia za granicą, które nie zawsze są refundowane przez NFZ. 


Mam nadzieję, że tym wpisem zachęciłam Was do zwiedzenia przepięknego miasta jakim jest Wilno. Myślę, że to miasto na każdą kieszeń i dla każdego. Nie sposób jest się tam źle bawić. Mi nie przeszkadzały ani burze, ani deszcze, parasol nad głowę i zwiedzałam dzielnie wszystko ;) 

sobota, 6 lutego 2016

Wielki powrót po dłuuuugiej nieobecności

Jak już chyba wszyscy zauważyli, trochę mnie tu nie było. Złożyło się na ten fakt wiele czynników. Po pierwsze brak pomysłów, motywacji, ochoty i pasji. Po drugie uczelnia, sesja przed wakacjami, praktyki po, a potem kolejny rok. Do tego dołączył zepsuty komputer, który odmawia posłuszeństwa i nie miałam nawet jak obrabiać zdjęć.

Zdecydowanie nie zachęcało mnie też ogólnospołeczne przekonanie, że nie robię nic ciekawego, oryginalnego ani fajnego. Tocząca się od kilku miesięcy dyskusja, czy osoby takie jak ja, podróżujące po niedalekich miejscach, które świat poza Europą widziały zaledwie kilka razy, są w stanie przekazać coś ciekawego swoim czytelnikom. Tacy zwykli zjadacze chleba, którzy ani na Evereście nie byli, ani Laosu nie widzieli, nie powinni w ogóle 'zaśmiecać' otchłani internetowych.


No naczytałam się takich mądrości kiedyś i zaczęłam chyba za bardzo nad tym rozmyślać. Przemyślałam sprawę, zajęło mi to kilka miesięcy. Stwierdziłam, że jadąc choćby ostatnio do Wilna, nie szukałam informacji na blogach wielkich podróżników, bo to ani o Evereście, ani o Laosie, o Sri Lance nie wspominając. Szukałam ciekawostek na blogach ludzi takich jak ja, którzy mając kilka groszy w kieszeni, decydują się wydać to właśnie na zwiedzanie kolejnych miejsc na mapie. Miejsc, które nie znajdują się po drugiej stronie globusa, lecz nawet na tej samej kartce w podręcznym atlasie do geografii.



Nie mam ani nadzwyczajnej wiedzy geograficznej, historycznej ani topograficznej. Moje wykształcenie idzie w tak bardzo odrębnym od tego kierunku i praktycznie niespecjalnie łączy się z podróżami. Większość postów piszę opierając się na przewodnikach, których używałam, stronach internetowych, które każdy może znaleźć.  Więc co ja mogę do tego wszystkiego wnieść spędzając kilka godzin na pisaniu każdego posta?



Otóż, chyba jak każdy mam prawo do swojego miejsca w Internecie, mam prawo do dzielenia się swoimi opiniami, wrażeniami, zdjęciami. Częściowo dla samej siebie, częściowo dla innych. Blog jest dla mnie swoistym 'przedłużeniem' moich albumów ze zdjęciami. Oglądając, odświeżam wspomnienia, ale czytając, przypominam sobie wszystko lepiej, wyraźniej. Wiem, że są ludzie, którzy tutaj zaglądają. Widzę statystyki i nadal szokuje mnie, że od maja odwiedziny bloga wzrosły kilkukrotnie. I mam nadzieję, że nie wszystkie wygenerowała moja Mama z Babcią ;D Mam dostęp do postów, które odwiedzacie najchętniej, do haseł przez które wchodzicie na mojego bloga. I właśnie dla tych ludzi, którzy wchodzą tutaj i znajdują to, co potrzebowali, ja zdecydowałam, że nadal pisać będę. Raz częściej, raz mniej często, zapewne nie regularnie jak w zegarku i nie jakieś supermądre mądrości.

Postaram się wprowadzić jakąś część związaną trochę z moimi studiami. Może jakieś powiązania z genetyką a podróżowaniem (ciekawe, czy podróżnicy mają jakiś specyficzny gen, którego nie mają ludzie uwielbiający siedzieć w miejscu), może coś o szczepieniach, w które warto zainwestować. O popularnych chorobach w podróży. Postaram się, aby to było coś innego mimo wszystko, aby było dosyć profesjonalnie opracowane, bo w końcu nie każdy ma dostęp do fajnych materiałów z mądrych uczelni, a wujek google nigdy nie będzie miał spójnej wersji. Zobaczymy co z tego wyjdzie, bo planów już trochę na tego bloga było, a niewiele z nich doszło do ostatecznej realizacji.



Tyle tłumaczeń i planów, Teraz tak po krótce opowiem Wam co się działo ze mną w czasach, kiedy blog świecił pustkami. Ogólnie większość mojego życia można opisać kilkoma zdjęciami przedstawiającymi książki. Bo na tym głównie polega studiowanie, cóż.




Potem przychodzą wakacje i zaczynają się miłe rzeczy. Zaraz po ostatnim egzaminie zaczęłam praktyki wakacyjne, które będą co roku zabierały mi miesiąc wakacji. Te jednak nie były wcale zmarnowanym czasem i niespecjalnie żałowałam, że czas spędzam na oddziale a nie na plaży. Chociaż temperatury były zdecydowanie egzotyczne.


 Zaraz po praktykach pojechałam z Anią do Wilna. Pierwszy raz byłam na Litwie w piątej klasie szkoły podstawowej. i od tamtego czasu obiecywałam sobie, że muszę wrócić przynajmniej do stolicy. PolskiBus zdecydowanie przyczynił się do realizacji tego planu, gdyż w promocji bilety kosztowały całe 29 zł w jedną stronę! Za tyle to ja nieraz do domu z Katowic wracałam. No grzech było nie kupić. Tak więc pod koniec lipca udałyśmy się do Wilna. Stamtąd do Troków, ale o tym kiedy indziej.

Wracając z Wilna postanowiłyśmy zostać chwilę w Warszawie i dzięki naszemu hostowi Mańkowi, miałyśmy okazję brać udział w Godzinie W. Byłyśmy w samiusieńkim środku ronda, było niesamowicie, naprawdę! Każdemu polecam przeżycie takiego wydarzenia, najlepiej będąc w środku tego wszystkiego.


Będąc w Warszawie zwiedziłyśmy też Pałac w Wilanowie.


Jakiś czas później udałam się z grupą znajomych nad polskie morze. Spędziliśmy tydzień w Darłówku zwiedzając okoliczne miejscowości. Pierwszy raz w życiu trafiłam na tak zimny Bałtyk, że nie byłam w stanie wejść dalej niż po kolana.


We wrześniu kontynuowałam swoje wakacje i postanowiłam spełnić moje kilkuletnie już marzenie. Wybrałam się więc do Poznania, aby poznać to piękne miasto. To były trzy dni intensywnego zwiedzania, ale też odpoczynku, jedzenia najlepszej pizzy na świecie i leżenia na największych trawiastych poduszkach pod Urzędem Miasta.


Na zakończenie wakacji tydzień spędziłam na Krecie. Mimo niespecjalnie udanej pogody, udało nam się zwiedzić kawałek Heraklionu i miejscowości, w której mieszkałam. Najadłam się za wszystkie czasy baklavy, trochę poleżałam na plaży. Ogólnie dobry relaks przed kolejnym ciężkim rokiem na studiach.

Od października jakoś na studiach przetrwałam, ale wraz z pożegnaniem starego roku postanowiłam spełnić moje kolejne marzenie, czyli zobaczyć Bałtyk zimą. Znalazłyśmy więc Pendolino i w 5 godzin z Krakowa byłyśmy już nad morzem. Tam spędziłyśmy kilka dni próbując nie zamarznąć. Sylwester był świetny, morze jak zwykle piękne i uwielbiam.


To tak w skrócie co robiłam gdy wyglądało na to, że nic nie robiłam. Zapewne opisy wszystkich wydarzeń znajdziecie niebawem na moim blogu. Mam nadzieję, że nadal będziecie chcieli  tutaj zaglądać ;)


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...