poniedziałek, 25 sierpnia 2014

‘Rio, I Love You‘, czyli miasto w filmie + konkurs

Przez trzy lata nauki w liceum moja lista filmów do obejrzenie na filmwebie stale się powiększała. Czasu było mało, więc tylko dodawałam filmy, natomiast ich oglądanie przekładałam na bliżej nieokreśloną przyszłość z ostatecznym terminem ‘po maturze’. Matury minęły, wróciłam z Barcelony i zabrałam się za oglądanie zaplanowanych filmów. Niektóre zachwycały mnie bardziej, inne mniej. Wśród znajomych znana jestem z bardzo kiczowatego gustu filmowego. Zachwycam się polskimi komediami romantycznymi, z czego moje ulubione to „Dlaczego nie”, „Tylko mnie kochaj” czy „Jeszcze raz”.  Mimo tego bardzo lubię dramaty, melodramaty oraz filmy mające mocny przekaz. Ostatnio pokochałam także filmy, które oprócz mądrej tematyki zachwycają cudownymi pejzażami.

Kilka dni temu stwierdziłam, że mam dość filmów oglądanych w dosyć słabej jakości obrazu na moim małym notebooku. Wybrałam się więc do kina na film „Podróż na sto stóp”. Zdecydowanie zachwyciła mnie jakość obrazu, kolory malowniczej francuskiej wioski jak i sama historia. O samym filmie na pewno napiszę osobny post. Kolejnym filmem na który wybiorę się do kina (wcześniej robiąc szybką analizę ile biletów lotniczych w promocji można kupić za 16 zł czyli równowartość biletu do kina) będzie „Rio, I Love You”.

O samym filmie dowiedziałam się z youtube, gdzie kiedyś przypadkiem włączył mi się zwiastun. Osobiście zrobił on na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Do tego pomyślcie sami, Rio, miasto kojarzące się z gorącą sambą tańczoną nie tylko w czasie karnawału, ogromnym pomnikiem Jezusa, a teraz także Mistrzostwami Świata w piłce nożnej.  Kilka dni później dostałam trochę więcej materiałów dotyczących tego filmu i zdecydowanie jest to dla mnie must see tego sezonu. Tym bardziej, że (nie oszukujmy się) kończy mi się 3 miesiąc wakacji, a kolejny jeszcze przede mną ;) 


Kojarzycie filmy „Zakochany Paryż” (Paris je t’aime) z 2006 roku? Albo „Zakochany Nowy Jork” (New York, I love you) z 2009 roku? Obydwa te filmy powstały w ramach jednego projektu pod nazwą ‘Cities of love’  autorstwa francuskiego reżysera Emmanuela Benhiby. Trzecim filmem z tej serii jest właśnie „Rio, I Love You”.   To, co charakteryzuje filmy z serii Cities of love jest wielowątkowość. Każdy film składa się z kilku części. Każda część jest autorstwa innego reżysera, angażuje innych aktorów, pokazuje inne historie. Jest jednak pierwiastek łączący każdą z przedstawianych historii.


Pierwiastkiem spajającym w każdym filmie jest miłość i jej różne oblicza. Każdy wątek pokazuje inną miłość, inną historię, innych ludzi. Różnorodność historii jest tak duża, jak miasta Rio de Janeiro. Obok słodkich historii o szczęśliwej miłości, będą też gorzkie rozstania. Tak jak obok gorącego karnawału w Rio dzieci ulicy żyją w dzielnicach zwanych fawelami.


Plusem filmu składającego się z 10 historii miłosnych jest to, że nigdy nie wyjdziemy z kina rozczarowani filmem. Nawet jeżeli jedna historia do nas nie przemawia, zawsze mamy 9 pozostałych, które na pewno okażą się lepsze.  W najgorszym przypadku, jak już żadna historia nas nie zachwyci, zawsze zostaje jeszcze cudowne Rio. ;) No ewentualnie i ostatecznie w akcie desperacji można doszukiwać się przystojnych aktorów lub ślicznych aktorek!


Każdy film z serii Cities of love charakteryzuje się tym, że mocno skupia się na przedstawieniu miasta w którym film jest nagrywany. Tym samym miasto staje się nie tylko tytułowym, ale także i filmowym bohaterem.  Nie wiem jak Wy, ale ja naprawdę nie mogę się doczekać zobaczenia pejzaży Rio de Janeiro na wielkim ekranie.


 Dla mnie „Zakochany Paryż” nie do końca ukazywał miasto samo w sobie, choć film miał swój specyficzny urok. Oglądany kilka dni później „Zakochany Nowy Jork” pokazany był o niebo lepiej. Jeżeli poziom się utrzyma, to „Rio, I Love You” powinno być całkiem bliskie ideałowi.


W tajemnicy powiem Wam, że reżyser planuje kolejne filmy z serii Cities of love. W kolejnej produkcji będziemy mogli oglądać miłość w jednym z chińskich miast. Którym, dowiecie się pewnie za kilka lat;) Tymczasem premiera  'Rio, I Love You' będzie miała miejsce 29 sierpnia 2014 roku zarówno w Polsce jak i na świecie.  Zachęcam do obejrzenia w kinie filmu „Rio, I Love You” i do podzielenia się swoją opinią o nim u mnie na blogu. Ja na pewno dam znać jakie wrażenie wywarł na mnie film.


Z okazji premiery filmu „Rio, I Love You” mam dla Was mały konkurs.   Do wygrania jest 5 dwuosobowych zaproszeń na  pokaz filmu „Rio, I Love You”, który odbędzie się w bieżącym tygodniu w Warszawie. Do wygrania jest także 10 koszulek z logiem filmu „Rio, I Love You”.  Zadanie konkursowe jest bardzo proste. Skoro jesteśmy przy historiach miłosnych i miastach, zadaniem konkursowym jest podanie w komentarzu nazwy miasta, które wyjątkowo kojarzy Wam się z miłością. Napiszcie także krótkie uzasadnienie składające się z jednego zdania dlaczego akurat to miasto zostało przez Was wybrane.  Spieszcie się, bo czasu do premiery jest niewiele ;) Niebawem podam listę zwycięzców.  Nie zapomnijcie o podaniu adresu e-mail abym mogła skontaktować się ze zwycięzcami.

Wyniki:
Bilety do Kinoteki na dzisiejszy (28.08) pokaz filmu "Rio, I love you" zdobyli:
-Anna Maria Magdalena
- Hola Soy Kasia
-dziewczynka_12@wp.pl
-Wójcik Paulina
-Przemysław Proszowski

Zwycięzcom serdecznie gratuluję, skontaktuję się z każdym z nich w celu ustalenia szczegółów odbioru nagrody. Bardzo proszę Hola Soy Kasię o kontakt email.

Konkurs jednak się jeszcze nie kończy, do wygrania są koszulki! 


Tekst sponsorowany. Wszystkie zdjęcia pochodzą z filmu. Tekst napisany został na podstawie materiałów prasowych dotyczących filmu "Rio, I love you"

czwartek, 7 sierpnia 2014

Andora- garść przydatnych informacji

Andora miała być krótkim wypadem z Barcelony w celu zwiedzenia kraju, w którym żadna z nas do tej pory nie była. Ostatecznie dzięki wyjazdowi do Andory zdystansowałyśmy się do Barcelony i po powrocie zupełnie inaczej na to miasto patrzyłyśmy. Mimo, że temperatura w maju w Andorze była bardzo niska (coś między 5 a 10 stopni), udało nam się zwiedzić większość miast i miasteczek. Bardzo mało jest informacji w sieci o tym, jak zorganizować wyjazd do Andory, dlatego też poszukującym postanowiłam ułatwić zadanie i zebrałam wszystko w jednym miejscu, większość z informacji miałam okazję sama sprawdzić.


 Transport
Transport do Andory
Do Andory bezpośrednio nie można dostać się samolotem ani pociągiem, gdyż nie ma tu ani stacji kolejowych, ani lotniska. Samolotem można dostać się do Francji lub Hiszpanii. Najłatwiej jest dostać się do Tuluzy (we Francji) lub Barcelony (w Hiszpanii). Stamtąd do Andory zostaje już tylko autobus. Cena przejazdu z Barcelony do Andory to około 30 euro. My bilety kupowałyśmy na dworcu autobusowym przy stacji Sants kilkadziesiąt minut przed odjazdem autobusu.  Dobrą opcją jest także dojazd do Andory własnym samochodem, jednak biorąc pod uwagę trasę z Polski, wcale nie jest to ani najtańsza, ani najszybsza opcja.


Autobusy w Andorze
Po Andorze jeżdżą autobusy, które dojeżdżają do większości większych miejscowości. Bilety na te autobusy są jednak względnie dosyć drogie. Bilet z Andorry la Vella do miejscowości Soldeu kosztuje 3.3 euro, choć to niecałe 20 km. Mam wrażenie, że w Andorze wszystkie bilety kosztują 3.3 euro bez względu na długość trasy. Jest to tylko moja teoria, której pewna nie jestem. Przystanki autobusowe w większości miejscowości są widoczne i nie trudno jest je znaleźć. Bilety kupuje się u kierowcy. Wystarczy wejść do pojazdu i pokazać na mapie miejscowość, do której chcemy się udać.


Stopowanie po Andorze
Opcją, która pozwoliła nam zaoszczędzić sporo pieniędzy i przeżyć ciekawe przygody, było stopowanie po Andorze. Było to moje pierwsze doświadczenie w łapaniu stopa i o dziwo, nie sprawiało nam żadnych problemów. Jest to temat bardzo szeroki, dlatego też znajdzie się on w osobnym poście. Stopowanie było dla nas bardzo ekscytującym sposobem przemieszczania się, gdyż poznałyśmy mnóstwo przesympatycznych ludzi, którzy byli skłonni do pomocy nam.


Blablacar
Jest to bardzo dobra opcja aby dostać się do i z Andory. Skorzystałyśmy z tej opcji aby z powrotem dostać się do Barcelony. Za przejazd zapłaciłyśmy 11 euro od osoby, co jest bardzo atrakcyjną ceną w porównaniu z autobusem. Nasz kierowca po angielsku potrafił się jedynie przedstawić, więc przez całą drogę rozmawiałyśmy ze sobą lub po prostu milczałyśmy. Po drodze złapała nas ogromna burza z ulewą, gradem, piorunami i mgłą. Nasz kierowca jednak nie przejął się tym bardzo i jechał średnio jakieś 130 km/h. Muszę przyznać, że był to naprawdę niezapomniany przejazd. Momentami zastanawiałyśmy się, czy aby na pewno dojedziemy w jednym kawałku do celu ;)


Andora od strony kulinarnej
Byłyśmy w Andorze 5 dni i cały czas szukałyśmy jakiegoś miejscowego specjału. Osoby miejscowe, których pytałyśmy, nie znały takowego, w menu restauracji nie było również nic, co byłoby specjałem tego księstwa. W tej kwestii było to lekkie rozczarowanie, choć w Andorze udało nam się zjeść przepyszne curry z kurczakiem, chipsy krewetkowe czy pizzę. Z ciekawych rzeczy, które miałam okazję spróbować było mleko migdałowe, którego nigdy wcześniej nie próbowałam. Po powrocie do Polski okazało się, że jest ono dostępne w większych supermarketach. Nie mniej jednak ma bardzo dziwny smak-jak mleko w którym wymoczono drewno i przecedzono go przez sitko.


Noclegi
Couchsurfing
Udało nam się znaleźć osobę, która nas przenocuje. Naszym hostel był Gonzalo-nauczyciel z Hiszpanii, którzy w ramach jakiegoś projektu przeniósł się na rok do Andory i tam uczył informatyki. Wcześniej pracował w Ameryce Południowej i zamierza w przyszłym roku szkolnym tam wrócić. Mimo dosyć dużej różnicy wieku i mimo bycia nauczycielem, dogadaliśmy się całkiem dobrze. Gonzalo wiele nam opowiadał o swojej pracy, o ludziach, którzy mieszkają w Andorze czy o Erasmusie w Warszawie. Spędziłyśmy u niego 4 dni, gdyż początkowo tyle miałyśmy spędzić w Andorze i na tyle byliśmy umówieni. Aby nie nadużywać ego gościnności, na ostatni dzień przeniosłyśmy się do innego hosta. Denis pochodził z Rosji i pracował w banku. Jak sam twierdził, z lenistwa mieszkał w apartamencie w hotelu od prawie roku. Tam też nas hostował. Nie powiem, ale hotel zrobił na nas całkiem spore wrażenie i cały czas zastanawiałyśmy się, czy aby na pewno przy wyjeździe nie dostaniemy rachunku za nocleg. Na szczęście tak się nie stało. Za to spędziłyśmy z Denisem dużo czasu rozmawiając o muzyce, o naszych krajach czy Eurowizji (która wtedy była świeżym i kontrowersyjnym tematem).


Hostele i hotele
Andora jest nastawiona głównie na turystów w sezonie zimowym, gdyż sieć wyciągów narciarskich jest tam bardzo dobrze rozwinięta. Z tego też powodu większość hoteli, hosteli i ośrodków czynnych jest w zimie, natomiast latem bywają zamknięte. Nie mniej jednak da się znaleźć hostele i hotele czynne poza sezonem zimowym, głównie w większych miejscowościach (Andorra la Vella, Encamp, La Massana). W stolicy (Andorra la Vella) można znaleźć hotele o wysokim standardzie, pięcio- i czterogwiazdkowe, sygnowane głównie przez duże sieciówki (Novotel, Plaza, Mercure, Holiday Inn) oraz małe, spokojne hoteliki prowadzone przez rodziny bardziej na zasadzie pensjonatów. Każdy znajdzie coś odpowiedniego dla siebie.


Zwiedzanie
Andora to małe księstwo, które na pierwszy rzut oka ma niewiele miejsc do zwiedzania. My przez 5 dni odkrywałyśmy uroki małych miast i miasteczek, których okazało się być całkiem sporo. Odwiedziłyśmy między innymi Ordino, które jest przepięknym miejscem z charakterystyczną zabudową. Próbowałyśmy także chodzić po górach, jednak ja nie byłam odpowiednio przygotowana na chodzenie po wysokich górach, więc Ani musiał wystarczyć trekking po dolince. Z ciekawych miejsc widziałyśmy również stare miasto Andora la Vella.


Komunikacja z ludźmi
W Andorze wiele ludzi mówi po angielsku. Przeważającym językiem jest tam jednak hiszpański, którego nie zna żadna z nas. Niekiedy ciężko było się porozumieć z osobami, które mówiły tylko po hiszpańsku. Po raz kolejny przekonałyśmy się wtedy, że podstawowe zwroty są znane wszystkim, a i język gestów jest wszędzie taki sam. Wystarczy trochę uśmiechu i dobrych chęci, a dalsza komunikacja jakoś się uda!


Wrażenia
Andora, mimo, że jest tak bardzo mała, jest miejscem wspaniałym. Jest tak bardzo inna od miejsc, które widziałam do tej pory i w których byłam. Mnóstwo zieleni, małe, urocze miasteczka z charakterystyczną, kamienną zabudową, sympatyczni ludzie, brak wielkich kurortów. Ponadto Andora jest państwem, które jest strefą bezcłową, więc ceny perfumów, alkoholi czy papierosów są względnie niskie. Nie ma tutaj tłumów na ulicach, turystów z aparatami fotograficznymi na szyjach, japońskich wycieczek zatrzymujących się na każdym kroku aby zrobić zdjęcie. Każdy turysta po kilku godzinach pobytu w Andorze czuje się jak swój- wie, gdzie można rano kupić bułki na śniadanie, gdzie jest restauracja na obiad oraz gdzie można kupić pamiątki. Mimo, że przeważają sklepy luksusowe dla ludzi z wypchanym portfelem, przechadzając się uliczkami nie miałam wrażenia, że jestem nieodpowiednio ubrana, tudzież mój portfel (a raczej jego zawartość) tutaj nie pasuje. Nie jest to miejsce które przytłacza przeciętnego człowieka swoim bogactwem.


Uwaga!
Andora nie należy do Unii Europejskiej, dlatego też ceny połączeń telefonicznych z Andory są bardzo wysokie. W moim przypadku było to ponad 5 zł za minutę rozmowy. Karta EKUZ nie jest w Andorze honorowana, dlatego należy dokupić osobne ubezpieczenie na wycieczkę do Andory. Trzeba się jednak upewnić, że zakupione ubezpieczenie obejmuje teren Andory.


piątek, 1 sierpnia 2014

64. Dzień z życia plaży w Barcelonie

Pamiętacie post, który pisałam zaraz po kupieniu biletów do Barcelony?  Zadałam tam wiele pytań jak wygląda Barcelona. Teraz już jestem o tą wiedzę mądrzejsza. Wiem, że plaża w Barcelonie bardzo różni się od tej na Wyspach Kanaryjskich. Piasek nie jest ani czarny, ani bardzo biały. Jest po prostu żółty i dosyć gruby.


Aby dotrzeć do plaży, trzeba przedrzeć się przez labirynt małych uliczek w dzielnicy Barceloneta. Na końcu tego labiryntu nieśmiało widać palmy. Gdzieniegdzie można zauważyć kolorowe uliczki udekorowane kolorowymi lampionami oraz flagami Katalonii.


 Wprawdzie wschodu słońca na barcelońskiej plaży nie miałam okazji widzieć, ale raczej w maju jest jeszcze dosyć chłodno aby spędzić wczesny poranek siedząc na piasku. 


Przed południem plaża wypełnia się ludźmi, którzy przybywają aby zażyć trochę słońca. W maju mnóstwo było studentów, którzy przybyli do Barcelony w ramach programu Erasmus. Widoczna była wielokulturowość plażowiczów, którzy porozumiewali się głównie po angielsku, choć pochodzili z wielu krajów.  


Po południu plaża zapełnia się ludźmi, którzy wpadli tutaj po pracy, po szkole czy po obiedzie a także turystami. Wtedy zaczyna się robić tłoczno, chociaż dzień wcale nie jest upalny. 


Między jedną a drugą plażą znajduje się coś na kształt pomostu zrobionego z kamieni. Można wejść na kamienie i zjeść lunch patrząc się w dal i słuchając morskich fal.


Charakterystyczną budowlą dla Barcelonety jest budynek w kształcie żagla, cały w szkle. W dzień dbija promienie słoneczne, w nocy zaś jest pięknie oświetlony. Oddziela część reprezentatywną portu od tej robotniczej i handlowej,  mało widowiskowej.


Bulwar La Barceloneta to must see każdego turysty, który był w Barcelonie. Bulwar długi nie jest, jednak jest to wspaniałe miejsce dla spacerowiczów w każdym wieku o każdej porze dnia (nocy pewnie trochę mniej).


Budynek na zdjęciu powyżej to artystyczna rzeźba, jeden z symboli Barcelony. Nie mam pojęcia co autor miał na myśli, ani dlaczego postawił coś tak dziwnego na środku plaży, jednak myślę, że mogliby to umyć raz na jakiś czas ;)


Może pogoda nas i nie rozpieszczała, jednak pani na zdjęciu powyżej w puchowej kurtce wyglądała na tyle zabawnie, że aż zrobiłam jej zdjęcie.


Gdy słońce chyli się ku zachodowi, plaża zaczyna pustoszeć. Przychodzi wtedy trochę turystów, którzy chcą zobaczyć zachód słońca oraz ludzie, którzy po prostu chcą odpocząć.


Gdy robiłam powyższe zdjęcie, zaczepił mnie pewien Hiszpan, który pytał czy robię zdjęcie rzeźbie, czy budynkowi. Od tego zaczęła się nasza rozmowa. Opowiadał, że jest psychologiem z Madrytu, jednak uwielbia przyjeżdżać do Barcelony. Nasza rozmowa nie była długa, ale jakoś bardzo zapadła mi w pamięć i przypomniała mi się właśnie przy oglądaniu tego zdjęcia.


To, co kocham najbardziej, czyli palmy. W Barcelonie na plaży wiele ich nie ma, zdobią jednak bulwar La Barceloneta. Są zupełnie inne niż te na Wyspach Kanaryjskich, dużo mniej rozłożyste i wogóle jakieś takie mniejsze i mniej zielone.


Zachody słońca na plaży to wspaniałe widowisko. Tak też było i na Barcelonecie. Szczególnie, gdy na powyższym zdjęciu przyjrzymy się i zauważymy statki, które po całym dniu wpływają z powrotem do portu.


Wieczorem przy plaży gromadzą się tłumy, które podążają w stronę restauracji i tawern. Spędzają tam mnóstwo czasu jedząc tradycyjne hiszpańskie tapas czy popijając wino i szampana. Młodzi natomiast udają się w stronę klubów, których na Barcelonecie jest całkiem sporo. 


Im później, tym muzyka jest głośniejsza, ludzie bardziej pijani i pora dla nas zbierać się do hostelu ;) aby zregenerować siły na kolejny dzień.

W czasie gdy przebywałam w Łodzi, przyszła do mnie przesyłka od firmy The Body Shop, ponieważ kiedyś zgłosiłam swoją kandydaturę jako testerka ich nowego kosmetyku-masła do ciała z olejkiem arganowym. Stwierdziłam, że fajnie byłoby wypróbować coś nowego, za co nie musiałabym płacić, a może akurat znalazłabym jakiś idealny kosmetyk. Takim sposobem od niedawna testuję masło do ciała o przecudownym zapachu. Naprawdę ogromnie żałuję, że nie możecie sobie go powąchać! Zapach kojarzy mi się z plażą, palmami, orzechami i słońcem. Racze nie powiedziałabym, że jest to zapach cytrusowy ani rześki. Jest piękny w ten bardziej ciężki sposób. Masło oprócz pięknego zapachu również świetnie nawilża, co przetestowałam na moich przesuszonych nogach.


Po plaży, upale i gorącym powietrzu dobrze jest użyć jakiegoś środka nawilżającego. Masło do ciała z najnowszej linii Wild Argan Oil od The Body Shop świetnie się do tego nadaje. Żałuję, że nie miałam go w czasie pobytu w Barcelonie. Podejrzewam, że będzie mi ono towarzyszyło w mojej kolejnej wyprawie na jakąś ciepłą, egzotyczną plażę (na razie nic konkretnego nie wiem, ale marzy mi się plaża we wrześniu, może Afryka tym razem?). Tym razem jednak będzie w znacznie większym opakowaniu, gdyż 50 ml nie wystarczy mi na cały tydzień codziennej pielęgnacji. Choć testowe 50 ml to świetna pojemność na wakacje tylko z bagażem podręcznym.


W liście od The Body Shop, który widzicie powyżej, napisali mi, abym piękniała z nimi ;) Mam nadzieję, że życzenia się spełnią ;)  Będąc w TBS w którejś z galerii na pewno wstąpię i wybiorę coś z tej linii zapachowej. Może kupię sobie skoncentrowany balsam do ust i będę mogła mieć wakacyjny zapach zawsze przy sobie ?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...