wtorek, 31 grudnia 2013

Podróżnicze podsumowanie roku 2013.

Koniec roku to czas podsumowań i refleksji nad uciekającym czasem i mijającym życiem. Dla mnie to dobra okazja, aby po raz kolejny powspominać najlepsze momenty z roku, który właśnie się kończy (a to właśnie w podróży spędzam najlepsze chwile zazwyczaj). W tym roku w wspominaniu pomagają mi zdjęcia. Ale nie te w komputerze, w ilości niezliczonej z każdej wyprawy. Postanowiłam zainwestować i wywołać najpiękniejsze zdjęcia z moich dotychczasowych podróży. Niestety, nie ze wszystkich podróży i wyjazdów mam zdjęcia, ale tych, których mam jest kilkanaście tysięcy. Początkowo postanowiłam wybrać po 2-3 z każdego wyjazdu, co miało dać w sumie około 100 zdjęć. Liczba się bardzo rozciągnęła i ostatecznie wywołałam 255 zdjęć.


Od strony czysto podróżniczej, ten rok był zdecydowanie nie tak ciekawy, jak się spodziewałam, że będzie. Aczkolwiek było wiele aspektów, o których nawet nie marzyłam, a się zdarzyły. Wakacje, które minęły, były moimi najkrótszymi wakacjami w życiu. Kolejne będą najdłuższymi. Kolejny rok będzie dla mnie dosyć przełomowy- mam zamiar napisać maturę i dostać się na studia. Jakie? Pewnie dowiecie się dopiero, jak się dostanę, bo na razie mam więcej planów, niż ambicji do nauki.

W roku 2013 miałam rozpocząć sezon podróżniczy już w styczniu. Udało się kupić bilety dla 3 osób z Modlina do Budapesztu za zawrotną kwotę 6 zł. Wszystko było ustalone i załatwione, niestety z powodu choroby koleżanki wyjazd nie wypalił. Wtedy rozpaczałam, ale nie ma tego złego, o czym za chwilę.


Ostatecznie jednak pierwsza podróż w 2013 roku rozpoczęła się 5 maja, kiedy to poleciałam na Fuerteventurę. Wyspy Kanaryjskie w maju planowałam już jakiś czas, jednak raczej nastawiałam się na Lanzarote. Plany jednak są tylko planami, a życie biegnie swoją drogą- takim sposobem na Fuercie spędziłam cudowne 8 dni. Dzięki wypożyczonemu na 2 dni samochodowi i ludziom poznanym na miejscu w hotelu, zwiedziłam całą wyspę i  porobiłam mnóstwo zdjęć. Większość z nich już widzieliście, jednak możecie być pewni, że to jeszcze nie wszystko.





Pod koniec maja spędziłam tydzień w Wałbrzychu świętując 18 urodziny Anny Marii Magdaleny, która prywatnie jest moją przyjaciółką i towarzyszką większości podróży. Pokazała nam kilka ciekawych miejsc w Wałbrzychu i udowodniła, że zdecydowanie nie przesadzała, mówiąc, że to miasto jest po prostu brzydkie ;)

Potem rozpoczęły się wakacje, a wraz z nimi wakacyjne przygody. Kupiłyśmy z Anią bilety do Paryża na 10 dni, więc w połowie lipca wybrałam się do Wrocławia, skąd miałyśmy wylot. Urządziłam sobie mały spacer po mieście w nieziemsko upalny dzień, następnie udałam się na lotnisko.



10 dni w Paryżu minęło bardzo szybko. I mam wrażenie, że nie marnowałyśmy tam w ogóle czasu. Zwiedziłyśmy mnóstwo miejsc i najadłyśmy się pyszności. Mieszkałyśmy w zwykłym, wynajętym mieszkaniu, jeździłyśmy metrem, robiłyśmy zakupy na targu. Miałyśmy okazję poznać prawdziwe paryskie życie od kuchni. Również dzięki naszemu hostowi (pierwsze doświadczenie z couchsurfingiem) poznałyśmy trochę okolic Paryża.






Po powrocie z Paryża znowu spędziłam kilka dni u Ani w Wałbrzychu. Tym razem przez całe dnie oglądałyśmy filmy zajadając się winogronami ;) Upał był tak ogromny, że wychodziłyśmy z domu dopiero wieczorem, kiedy to ulica nie groziła przyklejeniem się do asfaltu. Podróżniczo, było to mało ambitne.

Sierpień upłynął mi pod znakiem prawa jazdy, które wtedy zdecydowałam się zdawać. Oczywiście próba ukończyła się w końcu sukcesem. Jednak zmarnowało to 2 tygodnie moich wakacji.

Potem zdecydowałam się zrobić coś, na co miałam ochotę od dawna, a brakowało odwagi i chyba impulsu do działania. Poszłam na pieszą pielgrzymkę do Częstochowy. Nikt nawet nie zakładał, że mogę dać radę przebyć te prawie 300 km piechotą. W sumie ja też nie bardzo w to wierzyłam. Bywały chwile gorsze i lepsze, ale ostatecznie dotarłam, a samą pielgrzymkę wspominam pozytywnie.


W październiku dostałam ofertę wzięcia udziału w projekcie, który ciekawie się zapowiadał- Commeniusie. Nocowałam u siebie dziewczynę z Włoch i brałam udział w różnych wycieczkach. Po raz kolejny odwiedziłam wtedy obóz koncentracyjny w Oświęcimiu oraz pozwiedzałam własne miasto z przewodnikiem, co również jest ciekawe.


Gdy już byłam pewna, że to koniec podróży na ten rok, Ryanair ogłosił świetną promocję. Udało nam się wtedy kupić bilety do Budapesztu za 38 zł w dwie strony. Pod koniec października więc spędziłyśmy weekend w Warszawie, potem poleciałyśmy do Budapesztu.



Budapeszt okazał się miastem o dużo bardziej niesamowitym, niż przypuszczałyśmy. Moja miłość od pierwszego spaceru. Bardzo chciałabym tam wrócić i spędzić więcej czasu szlajając się po uliczkach, jeżdżąc najstarszym kontynentalnym metrem w Europie i spędzając wieczory w słynnych budapesztańskich ruin pubach.


Wszystkich Świętych chciałam spędzić na Powązkach, Pomogła mi w tym Agnieszka z bloga Całe życie w podróży, która przygarnęła mnie i Anię i oprowadziła po Powązkach. Aga, serdecznie dzięki za pomoc w spełnieniu kolejnego marzenia!


I to by było na tyle podróży w 2013 roku. Biorąc pod uwagę klasę maturalną i maturę na karku, nie jest źle, ale mogłoby być znacznie lepiej.

Do podróżniczych osiągnięć tego roku mogę również zaliczyć napisanie i opublikowanie artykuły o Wyspach Kanaryjskich w magazynie All inclusive. Niesamowicie mnie ucieszyło takie wyróżnienie.



Z podróżniczych planów na kolejny rok na pewno mogę zdradzić Poznań i Katowice, bo tych jestem prawie pewna. Do podróżniczych pewniaków zaliczam również Wałbrzych, do którego jadę już 2 stycznia. Na mojej liście planowanych destynacji dopiszę na pewno Grecję, na którą mam sporą ochotę, a także jakiś mniej uczęszczany kierunek. Może Moskwa? Albo Tallin? Gruzja? Madera? Się zobaczy ;)

Chciałabym, aby kolejny rok był pełen radości i sukcesów. Życzę tego zarówno sobie, jak i Wam.  Zdaje sobie sprawę, że będzie u mnie ciężko, bo matura, studia itd, ale bardzo mocno się postaram, aby w kolejnym podsumowaniu było jeszcze więcej spełnionych marzeń. Postaram się również nie zaniedbywać bloga, chociaż wiem, że przed maturą może być różnie.

Życzę Wam, aby rok 2014 był jeszcze lepszy od poprzedniego, aby Wasze marzenia się spełniały, abyście zamieniali marzenia na wspomnienia. Abyście znaleźli osobę, która będzie Wam towarzyszyć we wszystkich podróżach-i tych dalekich i bliskich.  Abyście poznawali w podróży (i nie tylko) samych ludzi, dla których warto żyć ;)

niedziela, 29 grudnia 2013

48. Czarny piasek na Fuerteventurze, czyli niesamowita wioska Ajuy.

Święta, święta i po świętach. Mam nadzieję, że odpoczęliście sobie odpowiednio i najedliście się do syta ;) Bo ja bardzo. Przede mną jeszcze 11 dni wolnego, co mnie cieszy najbardziej. Już niedługo zamieszczę post z podsumowaniem roku, który właśnie się kończy. A tymczasem zabieram Was w miejsce, gdzie chętnie znalazłabym się teraz, kiedy pogoda mi wyjątkowo nie sprzyja. Nie ma śniegu, temperatury są o dużo za wysokie a ja przeglądam zdjęcia z cieplutkich miejsc. Dzisiaj o miejscu, o którym już wspominałam. Jego nazwa brzmi dosyć ciekawie: Ajuy, co należy czytać Ahuj ;) To jedno z najchętniej odwiedzanych miejsc w trakcie zwiedzania wyspy. Na szczęście pod koniec maja było tam bardzo mało ludzi. 


Ajuy stało się słynne z wydarzenia, które miało miejsce w 1402 roku. Wtedy to do wybrzeży Fuerteventury przybił Jean de Bethencourt i rozpoczął podbój wyspy.


Sama wioska jest niewielka. To po prostu mała wioska rybacka, gdzie można zjeść świeżą rybę  doświadczając raju dla żołądka jak i dla oczu.


Plaża w Ajuy jest dosyć oryginalna jak na Fuerteventurę. Czarny, wulkaniczny piasek i mnóstwo skał. Plaża ta jest uważana za najstarszą plażę Wysp Kanaryjskich. To raj dla geologów- znajdą tam skały, które datuje się nawet na 100 mln lat.


Przede wszystkim, Ajuy wyróżnia to, że nie jest skomercjalizowane. Restauracje tam są niewielkie, zapach ryb i owoców morza unosi się wszędzie. Nie ma leżaków ani kocyków nad brzegiem oceanu, jedyni turyści to ci, którzy dotarli tam samochodem i znaleźli miejsce, aby go zaparkować.


Nawet w maju czarny piasek był tak ciepły, że nie dało się chodzić po nim bez butów.


Ajuy to także raj dla fotografów. Mnóstwo zagłębień w wyrzeźbionych przez wiatr i wodę skałach, to idealne miejsce na niezapomniane sesje zdjęciowe.


Co więcej, w Ajuy rozpoczyna się szlak prowadzący  wzdłuż wybrzeża do zatoki Caleta Negra oraz jaskiń Ajuy.


Jak widać, miasteczko wygląda na malutkie, i takie jest. Zamieszkuje je około 100 mieszkańców.


Dla osób żądnych przygód Ajuy ma niesamowitą atrakcję-jaskinie. Są one dosyć długie (najdłuższa ma około 600 m) i nieoświetlone. Na szczęście do ich wnętrza wchodzi się po prowizorycznych schodach. Niestety nie skorzystałam z tej atrakcji. Ale przespacerowałam się kawałek ścieżką prowadzącą do jaskiń i okolica z góry zrobiła na mnie ogromne wrażenie.




Wioska znajduje się w zachodniej części wyspy. Dotrzeć można tutaj jedynie samochodem. Należy jednak zabrać ze sobą mocne buty, gdyż spacer po skałach jest dosyć ciężką próbą dla obuwia.




Kocham szum wody rozbijającej się o skały. Widok białej piany na ciemnym oceanie działa na mnie bardzo kojąco. Ajuy to miejsce, gdzie można poczuć się jak w innym świecie. Nie ma tam sklepów z pamiątkami, dużych, klimatyzowanych restauracji z bogatym menu czy hoteli dla turystów. Czas się tam zatrzymał. Niedawno mieszkańcy zostali podłączeni do kanalizacji oraz prądu. Mam nadzieję, że cywilizacja i rozwijająca się turystyka nie zniszczą tego miejsca.

czwartek, 12 grudnia 2013

47. Sztuka na dworcu czyli Musee d'Orsay

Kilka miesięcy przed wyjazdem do Paryża przygotowywałam na lekcję francuskiego prezentację właśnie o muzeum d'Orsay. Już wtedy zachwyciłam się nim. Postanowiłam, że za wszelką cenę pojadę jeszcze kiedyś do Paryża i zobaczę na własne oczy, jak wygląda muzeum, które zostało przekształcone z dworca. Nie spodziewałam się, że ta chwila nastąpi tak szybko. Muzeum to od razu umieściłam na liście miejsc koniecznych do zwiedzenia. I pewnego ciepłego dnia wybrałyśmy się tam aby spędzić trochę czasu.


Ciężko nazwać mnie koneserką sztuki. Wręcz jestem daleka od tego określenia. Sztukę, owszem, lubię, ale tą bardziej niż mniej użytkową. Znać się na niej też nie znam. Ale chętnie pooglądam ładne obrazy czy rzeźby. Muzeum d'Orsay w zupełności mi wystarczyło. Nie jest bardzo duże (a przynajmniej znacznie mniejsze niż Luwr), styl tam przedstawiony to głównie impresjonizm. Do tego architektura samego budynku muzeum zachwyca. 


Od 14 lipca 1900 roku przez 39 lat budynek, w którym obecnie znajduje się muzeum, był dworcem kolejowym. Potem zrezygnowano z niego i dworzec przeniesiono. Budynek pełnił wtedy różnorakie funkcje. Był teatrem, domem aukcyjnym a nawet stanowił tła do różnych filmów. Jednak na szczęście 9 grudnia 1986 roku budynek został oddany do użytku własnie jako muzeum i w takiej formie możemy podziwiać go do dziś.


W muzeum d'Orsay znajdziemy sztukę głównie impresjonistyczną i postimpresjonistyczną. Na własne oczy można tam podziwiać dzieła wielkich twórców takich jak Monet, Gauguin,Renoir czy Van Gogh.


Muzeum ma trzy piętra. Składa się z wielu sal, gdzie wiszą obrazy twórców. Rzeźby możemy znaleźć głównie w centralnej części muzeum.


Jak to w Paryżu, osoby z Unii Europejskiej poniżej 16 roku życia mają darmowy wstęp. Na dodatek z tarasów można podziwiać widok na Montmartre, bazylikę Sacre Coeur a także na skrzydło przeogromnego Luwru.


Moim zdaniem muzeum d'Orsay jest świetne. Wystawa nie jest nudna ani monotonna. Przestawia różnoraką tematykę. Sam budynek zachwyca i sprawia, że nie chce się wychodzić. Wiele osób przychodzi tam, aby malować rzeźby. Siadają na jednej z wielu kamiennych ławeczek i szkicują niezwykle poplątane i niezwykłe rzeźby. A Wy? Byliście już w tym muzeum? Lubicie zwiedzać takie muzea?

sobota, 7 grudnia 2013

Budapeszt od strony organizacyjnej

Od powrotu z Budapesztu minął już ponad miesiąc, więc postanowiłam napisać krótko jak się odnaleźć w Budapeszcie dla osób, które jeszcze tam nie były. Taki post z Paryżem bardzo się sprawdził i otrzymałam wiele komentarzy, że świetny pomysł i że na pewno się to komuś przyda. Postanowiłam więc dodać coś takiego również z Budapesztu. A więc zaczynamy:






Transport
Samolot
Z Polski do Budapesztu najbardziej opłaca się lecieć samolotem. Zarówno Ryanair, jak i Wizzair prześcigają się w ofertach na tanie loty właśnie do Budapesztu. Takim sposobem my za lot zapłaciłyśmy zawrotną kwotę 19 zł w jedną stronę za osobę z bagażem podręcznym z Modlina do Budapesztu. Rok temu kupiłam bilety dla 3 osób w dwie strony na tą samą trasę za jeszcze bardziej czarującą kwotę 6 zł za całość!  Tak więc wystarczy tylko wejść na stronę przewoźnika i poszukać tanich lotów, lub poczekać na promocje. Lot z Modlina do Budapesztu trwa około półtorej godziny i dostarczył nam cudownych wrażeń. Lądowanie w Budapeszcie należało do jednego z najpiękniejszych, jakie miałam okazję przeżyć, mimo, że wielokrotnie lądowałam na małych wysepkach czy w miastach nocą. Budapeszt w dzień pobił wszystko. Z chmur wylecieliśmy prosto nad Wyspą Małgorzaty mając cały Budapeszt jak na dłoni. Bajka!



Inne opcje
Można dostać się z Polski do Budapesztu pociągiem, autokarem lub własnym samochodem, jednak na pewno nie wyjdzie taniej niż samolot przy odpowiednio wcześniej kupionym bilecie. Jednak w sytuacji, gdy potrzebny jest konkretny termin, a do wyjazdu zostało niewiele czasu, inne opcje mogą okazać się jednak korzystniejsze.


Dojazd z lotniska do miasta
Po wylądowaniu na jedynym lotnisku w Budapeszcie, trzeba dostać się do centrum. Najlepiej i najtaniej jest skorzystać z komunikacji publicznej. Spod terminalu odjeżdża autobus 200E. Należy jednak zaopatrzyć się wcześniej w bilet, ewentualnie można przepłacać u kierowcy. Polecam kupienie biletu w Relay zaraz po wylądowaniu. Najlepiej kupić od razu dwa bilety na osobę, gdyż jeden potrzebny jest na autobus, drugi zaś na metro. Cena jednego biletu w Budapeszcie to 320 Ft bez względu na wiek i ulgi. Autobus 200E odjeżdża co chwilę spod terminalu i przez dużą kolejkę oczekujących nie da się go przegapić. Dowozi on do stacji Kőbánya-Kispest M.  Jest to ostatnia, a zarazem pierwsza stacja metra niebieskiego M3. Proponuję iść po prostu za tłumem, gdyż i tak większość ludzi idzie właśnie do tego metra po opuszczeniu autobusu. Z kupionym wcześniej biletem wsiadamy do metra i dalej już szukamy miejsca, gdzie chcemy wysiąść.


Poruszanie się po mieście
W centrum Budapesztu mamy do dyspozycji metro (obecnie 3 linie, 4 niedługo będzie otwarta), tramwaje, autobusy i naziemną kolej. Dzięki nim dojedziemy praktycznie wszędzie. Odległości między stacjami i przystankami są dosyć niewielkie, więc nie ma problemu z poruszaniem się po mieście. My praktycznie cały Budapeszt przeszłyśmy na piechotę, gdyż ceny biletów są bardzo wysokie (320 Ft) i nie ma zniżek dla uczniów i studentów. W celu oszczędności polecam kupienie w kasie na stacji metra karnetu na 10 przejazdów za 2800 Ft.


Dojazd z miasta na lotnisko
Aby wrócić na lotnisko, należy dostać się do metra niebieskiego M3, tak udać się na stację, na której wysiadaliśmy i wsiąść w autobus. W naszym przypadku okazało się to nie lada wyzwaniem, gdyż pomyliłyśmy metro i pojechałyśmy w zupełnie drugą stronę. O mały włos nie spóźniłyśmy się na samolot, a ile stresu było! Dlatego weźcie pod uwagę, że metro może nie kursować (tak jak w naszym przypadku), mogą być zastępcze autobusy i wtedy dojazd na lotnisko znacznie się wydłuża. A z tego, co zauważyłam, to takie zastępcze autobusy są dosyć częstym zjawiskiem.

Kontrolerzy
Kontrole biletów w komunikacji miejskiej to temat na tyle ciekawy, że zasługuje na osobny paragraf. Przy wejściu do metra stoją kontrolerzy, którzy sprawdzają, czy skasowaliśmy bilet. Inni sprawdzają ważność naszego biletu w czasie przejazdu metrem. W autobusach w dzień kontrolerów jest nie łatwo znaleźć, ale jednak są. Za to w nocy jest ich całkowity wysyp. Są chyba w każdym metrze, tramwaju i autobusie! W sytuacji, gdy macie już bilet kupiony wcześniej, należy go skasować przy kasowniku koło kierowcy. Niestety tego nie wiedziałyśmy, więc kierowca z wrażenia aż wybiegł z kabiny aby sprawdzić, czy aby na pewno kasujemy bilet. Tak więc po Budapeszcie lepiej bez biletów się nie poruszać.


Budapeszt od strony kulinarnej
Tutaj wiele powiedzieć nie mogę, gdyż totalnie nie miałam apetytu na jakiekolwiek jedzenie. Nie próbowałam tradycyjnego Langosza, gdyż wydawał się być baardzo tłusty. Za to spróbowałam pieczonych kasztanów, na które miałam ochotę już w Paryżu. Miałam okazję degustować kilku tradycyjnych alkoholi, między innymi Palinkę, która okazała się smakować jak mocna, owocowa wódka. Próbowałam też likieru marcepanowego i przyznam szczerze, że to jeden z najlepszych jakie miałam okazję pić. Jak zwykle przeszukiwałyśmy sklepy spożywcze w celu znalezienia czegoś, co u nas nie jest dostępne. Udało nam się kupić szpinakowo-serowe bake rollsy, pyszne batoniki zbożowe o wielu smakach oraz serowe batoniki z owocową galaretką w środku, którymi zajadałam się w dzieciństwie, a teraz nie są już u nas dostępne. Szczególnie polecam zbożowe batoniki, które kosztują niecałe 100 Ft, a są przepyszne i sycące.


Noclegi
Z racji, że w Budapeszcie byłyśmy tylko 4 dni (3 noclegi), zdecydowałyśmy się po raz kolejny skorzystać z couchsurfingu. Tym razem trafiłyśmy do 3-pokojowego mieszkania w starej kamienicy w samym centrum miasta po stronie Pesztu. Nasz host miał 23 lata i był francuzem. Od 2 miesięcy mieszkał w Budapeszcie, gdzie rozpoczął pracę po studiach. Nie wiele wiedział na temat samego miasta, za to był świetnie obeznany w miejscach rozrywkowych. Dowiedziałyśmy się od niego gdzie warto iść się pobawić w Budapeszcie, oraz że najlepsze są ruin puby, które mają niesamowity klimat. Nasz host był bardzo sympatyczny i pomocny. Bardzo podobało się mu gotowanie dla nas, więc chętnie kosztowałyśmy jego specjałów. Ponadto mieszkanie było naprawdę cudownie urządzone i duże! Po raz kolejny przekonałyśmy się, że couchsurfing to świetna inicjatywa, która zdecydowanie ułatwia podróżowanie ludziom ze średnio (lub wcale) zasobnym portfelem.

Zwiedzanie
Budapeszt do zwiedzania jest dosyć drogim miastem. Większość wstępów jest płatnych, dlatego nie zdecydowałyśmy się na zwiedzanie zabytków od środka. Wyjątkiem była jedynie Bazylika św. Stefana. Za to spędziłyśmy trzy dni na zwiedzaniu, oglądaniu i podziwianiu.  Zwiedziłyśmy Wzgórze Zamkowe z Zamkiem Królewskim , Wzgórze Gellerta z cytadelą,  Plac Bohaterów, każdy most po kolei. Miałyśmy ogromną ochotę na zwiedzenie największej synagogi w Europie, pod którą codziennie siadałyśmy na ławce i odpoczywałyśmy, jednak cena była o dużo za wysoka i nawet nie przysługiwał nam bilet ulgowy. Zdecydowałyśmy się więc na podziwianie jej jedynie z zewnątrz.


Komunikacja z ludźmi
Budapeszt to idealne miasto pod względem komunikacji z mieszkańcami. Praktycznie każda osoba zna tam język angielski. Słyszy się go znacznie częściej niż miejscowy węgierski. W ogóle język węgierski jest totalnie zakręcony. Nie przypomina żadnego z popularnych w środkowej Europie języków. Dlatego Węgrzy są zmuszeni, aby uczyć się języków obcych, a angielski jest najbardziej popularnym z nich. Nie ma się co obawiać wyjazdu pod względem językowym-angielski, niemiecki lub francuski powinny zdecydowanie wystarczyć.


Wrażenia
Od momentu wyłonienia się samolotu z chmur nad Wyspą Małgorzaty wiedziałam, że Budapeszt to idealny wybór na krótki wypad. Utwierdziłam się w tym przekonaniu jeszcze bardziej w czasie pierwszej wędrówki po tym mieście. Zakochałam się w Budapeszcie, gdyż jest to wspaniałe miasto pod każdym względem. Świetni ludzie, wspaniałe miejsca, dobra komunikacja miejska, dosyć niskie ceny, fajne sklepy. Nawet przez chwilę przyszło mi do głowy, że mogłabym tam zamieszkać w czasie studiów. Jednak przy sprawdzaniu warunków dostania się na uczelnię, przeraziły mnie kwoty za edukację dla ludzi z Europy.


Koszty
W serii o Paryżu nie napisałam wiele o kosztach, więc dostałam trochę pytań o to. Tutaj postanowiłam dołączyć informację ile kosztuje pobyt w Budapeszcie. Tak więc loty kosztowały mnie 38 złotych w dwie strony z Modlina do Budapesztu linią Ryanair tylko z bagażem podręcznym. Z racji, że zawsze wykupuje ubezpieczenie, tym razem kosztowało mnie ono 10 zł. Ze sobą miałam 1250 Ft, które wydałam co do grosza, co daje około 200 zł. Z karty wypłaciłam jedynie za bilety w sytuacji kryzysowej 10 zł. Do tego wydałam 2 euro na pocztówki co daje niecałe 9 zł. Za noclegi nic nie płaciłyśmy, gdyż idea couchsurfingu zakłada, że jest to wymiana barterowa. Podliczając koszty wychodzi nam około 267 złotych, co daje 66,75 zł za każdy dzień spędzony w Budapeszcie. Ekstremalnie mogę doliczyć jeszcze koszty dojazdu z Tarnowa do Modlina, co daje niecałe 150 zł w dwie strony. Nadal jest to niska kwota za 4 dniowy pobyt w Budapeszcie, biorąc pod uwagę, że koszty można by było jeszcze bardziej obciąć, mniej wydając na miejscu, czy lecąc z pobliskiego lotniska, a nie oddalonego o pół Polski.


Mam nadzieję, że ten post kiedyś Wam się przyda przy planowaniu wypadu do Budapesztu. Jeżeli brakuje Wam jeszcze jakiejś informacji, to dajcie znać, na pewno odpowiem w komentarzu albo dopiszę do posta.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...