środa, 25 września 2013

39. Nad Bałtykiem, a jednak inaczej czyli Puck w zachodzącym słońcu.

Pewnie niewiele z Was słyszało o tym mieście, choć zdecydowanie warto do niego się wybrać. Nie spędziłam tam wcale dużo czasu, a wspomnienia mam bardzo miłe.

Puck to niewielkie miasteczko w województwie pomorskim położone bezpośrednio nad Morzem Bałtyckim nad Zatoką Pucką.  


W tej miejscowości nawet w wakacje nie ma tłumów. Bo przecież wszyscy wolą jechać w okolice  jakiś popularnych miejscowości turystycznych, lub malutkich i spokojnych wiosek z dostępem do morza. Tak więc Puck to świetne miejsce na chwilową ucieczkę od tłumu turystów na plażach czy w knajpkach.


Na początek warto udać się na rynek, gdzie można usiąść w jednej ze spokojnych i cichych knajpek. Można również poobserwować przelewającą się w fontannie wodę.  Po krótkim relaksie polecam udanie się w stronę molo.


Po drodze mijamy gotycki kościół św. Piotra i Pawła z XIII w.  Ciekawy architektonicznie z zewnątrz, niestety wnętrza nie widziałam. A podejrzewam, że warto. Już od progi wita nas drewniana zakonnica.


Spod kościoła tylko kilka kroków do nadbałtyckiej mariny. Najpiękniejsze są oczywiście zachody słońca nad morzem, bez względu na lokalizację. W Pucku miałam okazję właśnie przebywać na molo w czasie przepięknego zachodu słońca. Jednego z piękniejszych jakie widziałam nad Morzem Bałtyckim tamtego lata.






Przystań może nie jest tak okazała jak ta w Władysławowie czy Trójmieście, jednak ma w sobie taki morski, spokojny, melancholijny klimacik, który można poczuć tylko nad Bałtykiem.


To, co robi największe wrażenie, to molo. Długie, z restauracją na środku. Z przepięknym widokiem na morze, nieodległy półwysep helski oraz farmę wiatrakową.


I przepiękny zachód słońca...


Ciekawe rozwiązanie-restauracja na molo. Sopot też niedawno wpadł na ten pomysł, ale pewnie Puck i tak był pierwszy. Pomyślcie sobie o kolacji zjedzonej w dobrym towarzystwie w takich okolicznościach, z przepięknym widokiem na zachodzące słońce ....


Nie samym morzem żyje Puck. Znajdziemy tam kilka ciekawych budynków. Ja przyuważyłam taki ze zdjęcia poniżej, niedaleko placu zabaw dla dzieci.


Pomnik generała Józefa Hallera w centrum miasta.


Dlaczego podobał mi się Puck? Może dlatego, że byłam tam zaledwie kilka godzin i nie miałam czasu na doszukiwanie się detali, które odbiegały od normy. Przede wszystkim urzekł mnie klimat tego miasteczka- nie taki gwarny, hałaśliwy i męczący, a spokojny, wakacyjny i letni. To, czego nie znajdziemy w żadnym z miast turystycznych. Ponadto Puck ma molo, które uwielbiam i mogłabym tam pewnie nawet i spać. Do tego dodam tylko, że Puck to takie miasto, które można odkrywać powoli i bez pośpiechu. Jest nieduże, ma sporo ciekawych miejsc i wcale nie jest takie drogie jak inne nadmorskie miejscowości o podobnej wielkości.

niedziela, 15 września 2013

38. W cieniu rodzinnego miasta Archimedesa czyli Syrakuzy wakacyjnie

Jak już wspominałam przy poście o Etnie, wyjazd na Sycylię był dla mnie szczególny z kilku powodów. Przede wszystkim był to mój pierwszy, prawie samodzielny wyjazd z przyjaciółmi i wiele chwil pamiętam tak dobrze, jakby były zaledwie tydzień temu. Niestety są też chwile i miejsca, które ulatują z pamięci. I do takich właśnie miejsc zaliczam Syrakuzy. Niewiele pamiętam z tego miasta, oglądnięte zdjęcia trochę mi rozjaśniają pamięć, jednak sporo muszę się posiłkować internetem. Jakby nie popatrzeć od mojego pobytu na Sycylii minęły już ponad 4 lata! A ja od tego czasu zdążyłam pozwiedzać tyle kolejnych, wspaniałych miejsc, założyć bloga, wydorośleć i zmienić spojrzenie na otaczający świat. Sporo jak na zaledwie 4 lata.


Syrakuzy to bardzo stare miasto Powstało w 8 wieku przed naszą erą. Jak cała Sycylia, jest związane nierozerwalnie z dwiema kulturami: grecką i włoską. Wiele znajdziemy w tym mieście dowodów na obecność obu tych kultur, jednak myślę, że ta grecka jest znacznie wyraźniej widoczna na co dzień. Choćby nawet ruiny ze zdjęcia. Są to ruiny doryckiej świątyni Apolla w centrum miasta Syrakuzy.


Poniżej jedno z bardziej rozpoznawanych miejsc w mieście: plac Archimedesa. To właśnie Archimedes jest najsłynniejszym obywatelem Syrakuz. Mimo, że od jego czasów minęła ogromna ilość czasu, jego imię jest nadal powszechne i popularne za sprawą jego niesamowitych odkryć w dziedzinie matematyki i fizyki. Aby go upamiętnić, dostał swój plac z fontanną.




Ciekawym miejscem w Syrakuzach jest Katedra Syrakuz. To przepiękny, odnowiony budynek, który lśni w gorącym, włoskim słońcu. Cały biały, majestatyczny, przykuwa wzrok turystów spacerujących po centrum starego miasta.


Wspaniała architektura Syrakuz sprawia, że mnóstwo turystów udaje się tam tylko po to, aby zagubić się w jego wąskich, urokliwych uliczkach. Ja ze swojej strony polecam prawdziwe, sycylijskie lody jakich nie znajdziecie nigdzie indziej.







Niezwykłość Syrakuz widać na pierwszy rzut oka. Nietypowe zdobienia budynków, położenie blisko morza oraz wspaniała, wakacyjna atmosfera. Aż chce się tam lecieć i podziwiać.


Dba się tam o każdy detal. Niestety dotyczy to tylko głównych budynków, które stanowią reprezentację architektury. Inne budynki są dużo bardziej proste, ale jednak mają swój specyficzny charakter i styl.


Bardzo ciekawy pomnik. Niestety nie mam pojęcia co to za dzieło i czyjego autorstwa, nie mniej jednak wygląda naprawdę intrygująco.


Źródło Aretuzy. Według mitu nimfa Aretuza, aby uciec przed miłością myśliwego zamieniła się w źródło. Tak więc do dzisiaj możemy to źródło podziwiać. Choć znaczenie bardziej do podziwiania nadaje się okolica źródła.


Mniej więcej takie widoczki:


W innej części Syrakuz znajduje się przepiękny ogród cytrynowy. Tam, wśród tego małego raju odnajdziemy Ucho Dionizjosa. To przeciekawa formacja skalna, gdzie świetnie rozchodzi się echo,  kształtem przypomina ucho.


Oraz atrakcja dla wielbicieli archeologii: teatr grecki pochodzący z 3 wieku przed naszą erą! Charakteryzuje się on unikalną trapezoidalną orchestrą i widownią.


Co ciekawe, teatr ten powstał na ruinach jeszcze starszego pochodzącego z 5 wieku przed naszą erą.




Żałuję przeogromnie, że spędziłam w Syrakuzach zaledwie jeden dzień. To miasto ma tak wiele do zaoferowania, że jak będę na Sycylii po raz kolejny, to na pewno spędzę tam co najmniej 2 dni i najem się lodów za wszystkie czasy ;) Oczywiście zrobię wtedy mnóstwo dużo lepszych niż te, które prezentuję zdjęć.

czwartek, 5 września 2013

37. Kayaköy czyli miasto duchów w Turcji

Wykupując wycieczkę do Turcji z greckiej wyspy Rodos wiedziałam, że w planie jest zwiedzanie Fethiye oraz Kayaköy. Miasto zostało mi przedstawione jako turecki Oświęcim. Nie wiedziałam czego się spodziewać, więc nie spodziewałam się nic. Jadąc autokarem, za oknem przesuwały się takie widoki:


Pierwsze co zobaczyłam, to własnie ten wielbłąd. Wioska wyglądała typowo turystycznie. Takie miejsce niby tureckie, ale trochę jednak  na siłę.


Nad miasteczkiem przygotowanym dla turystów górowały nietypowe domy, czy też ruiny domów. Na skutek jakiejś umowy grecko-tureckiej ludność pochodzenia greckiego musiała wynieść się z Turcji i wrócić na wyspę Rodos. Tak też zrobili w 1923 roku. A ich domy pozostały, są do dzisiaj i niestety niszczeją.


Wioska w miejscowości Kayakoy została wpisana na listę UNESCO. Nie miało to niestety żadnych pozytywnych skutków turystycznych poza tym, że wioska uniknęła zburzenia. Z negatywnych skutków natomiast to rzesze turystów, którzy niszczą to miejsce swoją obecnością, oraz koszmarnie drogie bilety. Coś koło 8 euro kosztuje wstęp do... niczego?! Pochodzić po ruinach można za darmo idąc w drugą stronę. Fakt, są to te bardziej zaniedbane, ale nie sądzę, żeby jakieś stare, zaniedbane ruiny były aż tyle warte.


W wiosce natomiast jest coś w stylu restauracji. Tutaj od razu przewodnik mówi, że można zjeść tradycyjne tureckie placki z serem i szpinakiem, wypić prawdziwą turecką herbatę oraz wino miejscowe. Ceny-oczywiście turystyczne, aż za bardzo.


Zwolenniczką takich atrakcji na siłę na pewno nie zostanę. Oprócz pseudo restauracji, koło "stolików" przechadzały się kury... Jakie były tego skutki, chyba nie trzeba wspominać.


Tak wyglądało wyrabianie tradycyjnych tureckich placków. Nazywały się gözleme i były wypiekane w tradycyjnych piecach. Szczerze mówiąc były całkiem niezłe z dodatkiem szpinaku i sera. Ale SANEPID polski to by tam zawału dostał.



Podano do stołu. Placek z tradycyjną herbatą turecką w małej szklaneczce w kształcie tulipana. Sorry, ale różnicy między tą herbatą a tą, jaką piję w domu naprawdę nie zauważyłam! 




Po południowej przekąsce postanowiłam trochę pochodzić po ruinach. Niestety za daleko iść nie można, bo w sandałach nie bardzo się da. Wioska nazywana jest miastem duchów z powodu właśnie tych opuszczonych domostw, które powoli, dzień po dniu, przekształcają się w ruinę.



A dla turystów specjalnie przygotowane figurki. Wogóle cały wystrój wioski jest totalnie komercyjny i turystyczny-sklepy z pamiątkami i biżuterią, wielbłąd na którym można wykupić krótką przejażdżkę, coś na kształt restauracji. Co więcej nie ma tam nikogo oprócz turystów. Nie podobają mi się takie miejsca, gdzie wyciąga się kasę od turystów za wszystko a miejsce totalnie niszczeje i się marnuje. Sami sobie wbijają nóż w plecy...




Rękodzieło całkiem przyjemne, ceny oczywiście mniej. Ale można kupić ciekawe i oryginalne pamiątki dla przyjaciół w Polsce.







Magnesiki naprawdę mi się spodobały.




Ostatni rzut okiem na wioskę. Oświęcimia nie przypomina wcale, raczej nie robi przerażającego wrażenia. Może jedynie dla osób kochających historię pozostawia ogromny ból w sercu, że takie dziedzictwo historyczne jest w tak fatalnym stanie.  Jakoś bez większego żalu opuszczałam Kayakoy. Jednak nie mogę powiedzieć, że nie jest miejscem wartym odwiedzenia, bo jest.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...