piątek, 30 sierpnia 2013

Miasto świateł, czyli Paryż od strony organizacyjnej część 2/2

W poprzedniej części (o <tu>) opisałam jak poruszałyśmy się po mieście oraz co jadłyśmy. Teraz czas na trochę bardziej przyziemne sprawy, czyli mieszkanie, zwiedzanie i komunikacja międzyludzka.

Noclegi
Mieszkanie 
Noclegi w Paryżu to temat rzeka. Ile ludzi, tyle pomysłów. Wszystko zależy jednak od możliwości finansowych. Ja za mieszkanie płacić dużo nie lubię, gdy wiem, że będę tam jedynie spała. Tak więc dwa miesiące przed przylotem już zaczęłam szukać jakiś fajnych ofert noclegowych. Hotelu poniżej 20 euro za noc praktycznie nie sposób znaleźć aby nie płacić nie wiadomo ile za bilety na metro na 4 lub 5 strefę. Więc hotel na tym etapie odpadł. Pojawiły się też pomysły hostelu, ale tutaj podobnie jak w hotelach. Do tego wzięłyśmy pod uwagę fakt, że w hotelu i hostelu raczej nie ma możliwości ugotowania sobie choćby wody na herbatę. Postanowiłyśmy wynająć pokój. Po długich a ciężkich poszukiwaniach dostałyśmy kilka ofert, ale ceny były baardzo wysokie (170 zł od osoby, etc). Wtedy z pomocą przyszedł mi kolega z Kanady, który od kilku lat wynajmuje mieszkania przez stronę www.airbnb.com. Pomysł okazał się strzałem w dziesiątkę. Oprócz tego, że 90% ludzi w ogóle nie odpowiada na pytania, udało się znaleźć mieszkanie za 30 euro za noc. I to wynajmowałyśmy CAŁE mieszkanie- spory pokój, łazienkę i kuchnię w budynku z kilkoma mieszkaniami. Lokalizacja bardzo fajna- blisko cmentarza Pere Lachaise, niedaleko stacji Nation (jednej z większych), w spokojnej dzielnicy z niskimi cenami. Na dodatek rozkładał się tam dwa razy w tygodniu targ. Wynajęłyśmy w pełni wyposażone mieszkanie (nawet lodówka była pełna i do naszego użytku!) na 7 noclegów. Mieszkało się super. Właścicielką była Belgijka mówiąca po angielsku, więc nie było problemu z dogadaniem się.


Couchsurfing
Od zawsze chciałam spróbować couchsurfingu. Słyszałam i czytałam mnóstwo megapozytywnych opinii na ten temat i postanowiłam sama spróbować. Jeszcze w Polsce wysłałam open request i dostałam kilka odpowiedzi. W większości od mężczyzn w wieku 30-35 lat pochodzenia tureckiego. Hmm.. nie mam nic do Turków, ale sami wiecie jak z nimi bywa- lepiej nie ryzykować. W końcu dostałam zaproszenie od Leonarda, który miał napisane na profilu, że uczy się języka polskiego. Popisaliśmy trochę i umówiliśmy się na wspólne zwiedzanie Paryża. Leonard okazał się być genialnym przewodnikiem z przeogromną wiedzą na temat Paryża, chociaż pochodził z Indonezji! W Paryżu mieszka już kilkanaście lat i świetnie mówi po francusku i angielsku. Do tego interesuje się Polską (zwiedził w naszym kraju miejsca, w których ja w życiu nie byłam!), uczy się języka polskiego i przyjeżdża do naszego kraju co jakiś czas. Gdy przyjechałyśmy do niego, przygotował nam przepyszną kolację, serio-rewelacja!   Rano za to odwdzięczyłyśmy się usmażeniem naleśników, które są specjalnością Ani. Na drugi dzień dostałyśmy na zaproszenie na kolację- piknik pod Luwrem z Leonardem i jego przyjaciółmi. Była to nasza ostatnia noc w Paryżu, więc wybraliśmy się po pikniku wspólnie pod Łuk Triumfalny, aby wejść na górę i podziwiać widok nocnego Paryża. Dotarliśmy tam za późno, za to poszliśmy nad Sekwanę przechodząc przez praktycznie cały nocny Paryż. Żadne zdjęcie nie jest w stanie oddać uroku tamtych chwil. Za to wspomnienia pozostaną na zawsze.







Zwiedzanie
Paryż to miasto miliona zabytków i miejsc, które koniecznie trzeba zwiedzić. Bez względu na porę roku ludzie z całego świata przybywają, aby zobaczyć te słynne na cały świat zabytki. Oczywiście wiąże się to z ogromnymi kolejkami. Niekiedy da się ich uniknąć.

 Darmowe wejścia
Jako obywatele Unii Europejskiej mamy spore zniżki we Francji. Przede wszystkim dla osób poniżej 26 roku życia w wielu miejscach jest darmowy wstęp. Niestety nie wszędzie pisze, czy należy stać w kolejce po darmową wejściówkę, czy wystarczy udać się do wejścia i pokazać dowód tożsamości. Dlatego postanowiłam zrobić listę miejsc, gdzie nie trzeba, a gdzie trzeba stać w kolejkach po wejściówki.

1. Luwr - trzeba stać w kolejce do kontroli torebek, ale potem wystarczy udać się do wejścia bez stania w kolejce i pokazać dowód (oczywiście o ile ma się poniżej 26 lat)

2. Centre Pompidou - trzeba wystać w kolejce po darmową wejściówkę. Należy jednak pamiętać, żeby nie brać biletu na wszystkie wystawy, a tylko te darmowe (dla mnie wystarczające, ale jak ktoś chce zwiedzić daną wystawę, to trzeba dopłacić)

3. Notre Dame- do samej katedry wchodzi się bez biletu, natomiast na wieżę trzeba wystać darmową wejściówkę. Nie wiem jak jest z podziemiami, gdyż nie byłam.

4.Sainte Chapelle- trzeba wystać w kolejce do kontroli torebek oraz po darmową wejściówkę

5.Musee d'Orsay- kolejka do sprawdzania torebek, dalej z dowodem do wejścia bez kolejek

6. Wieża Eiffel'a - mistrzostwo Paryża w staniu w kolejkach. Stoi się do sprawdzania toreb, do kupienia biletu, do wejścia do windy, do wjazdu na trzeci poziom, generalnie-wszędzie.



7. Katakumby- moje kolejkowe mistrzostwo. Stoi się w kolejce żeby wejść, na szczęście ta sama kolejka jest do kupna biletu. Niestety kolejka idzie wolniej niż krew z nosa z powodu odgórnych limitów na wejście danej liczby osób na godzinę.

8.Wersal- Nie stoi się do kupna biletów o ile się spełnia warunki na darmowe wejście (takie same jak przy Luwrze i wszędzie), stoi się natomiast w ogromnej kolejce do sprawdzania torebek. Na szczęście kolejka dosyć szybko idzie.


9. Disneyland- kolejka to drugie imię tego parku rozrywki, stoi się wszędzie o ile nie zabrało się fastpass'ów

City free tour
Kilka dni przed moim wylotem znalazłam w sieci artykuł o darmowym zwiedzaniu europejskich miast. Od razu mnie on zaintrygował i postanowiłam sprawdzić jak takie darmowe wycieczki funkcjonują w Paryżu. Trafiłam na stronę http://cityfreetour.com/paris/ . Przeglądnęłam ofertę i od razu napisałam. Moją szczególną uwagę przykuła wycieczka  City Night Tour. Zapisałam nas i czekałam. Powiem Wam, że to strzał w dziesiątkę! Chris, który był naszym przewodnikiem, miał ogromną wiedzę na temat Paryża, był gotowy aby odpowiadać na nasze pytania, do tego posługiwał się biegle angielskim, więc nie było problemu z porozumiewaniem się. Ogólnie wycieczka byłą bardzo przyjemna, nie za długa, ani nie za krótka. Grupa była bardzo międzynarodowa, choć przeważali Amerykanie. Chris chętnie robił nam zdjęcia w ciekawszych miejscach, przez co mamy wspólną fotkę z Anią z mostu zakochanych ;) Ogólnie idea City Free Tours opiera się na założeniu, że ludzie wolą płacić po danej usłudze, a nie z góry. Dlatego idąc na taką wycieczkę nie zobaczymy ceny, nawet sugerowanej. Możesz nie dać nic, możesz dać kilkadziesiąt euro. Uważam, że należy się zapłata, gdyż przewodnik poświęca swój czas i dzieli się swoją ogromną wiedzą. Ale przyznam szczerze, że jak zobaczyłam kwoty, jakie dają inni to głupio było mi dawać taką niewygórowaną sumkę... Nie mniej jednak, traktowane jest to jako napiwek. Idea całkowicie mi się podoba i zdecydowanie polecam. Dużo przyjemniej jest posłuchać opowiadania o danym mieście i mieć możliwość zadawania pytań, niż czytać w przewodniku czy ulotce i pozostawać ze swoimi wątpliwościami. Do tego można poznać mnóstwo ciekawych ludzi.



Komunikacja  z ludźmi
Nie należę do osób, które obawiają się wszystkiego. Dlatego nie stanowi dla mnie problemu wyjazd do Francji, gdzie moja znajomość francuskiego jest dosyć ograniczona. Wprawdzie uczę się już kilka lat, ale wiadomo jak nauka języka wygląda przy robieniu miliona innych rzeczy naraz. Wyjazd potraktowałam jako doszkalanie w języku francuskim. Niestety ogromnie się rozczarowałam. Było wiele sytuacji, gdzie starałam się używać francuskiego, jednak nie byłam odbierana wcale jakoś pozytywnie. Na przykład, gdy chciałam o coś zapytać, podchodzę do okienka i mówię po francusku o co mi chodzi. W odpowiedzi dostaję megaszybkie i okropnie długie zdanie, którego przetworzenie zajęłoby mi jeszcze trochę czasu. Dezorientacja totalna. Francuzi w wielu przypadkach naprawdę nie chcą, aby ich język był dla mnie zrozumiały. Było mnóstwo sytuacji, gdzie Francuzi okazali się być bardzo pomocni i uśmiechnięci, jednak jak zwykle te negatywne sytuacje zapadają w pamięć bardziej. W czasie 10 dni spędzonych w Paryżu, niemal do perfekcji opanowałam język angielskofrancuski z dodatkiem komunikacji niewerbalnej. Z taką mieszanką bez problemu idzie się porozumieć, gdziekolwiek by się nie było. Nie mniej jednak szczerze współczuję osobom, które z językiem francuskim styczności nie miały i go nie umieją. W Luwrze, Muzeum d'Orsay, w Metrze, w biletomatach, wszędzie króluje francuski. Nie znajdziemy raczej informacji po angielsku nie mówiąc o innym języku. Dlatego bywały sytuacje, że robiłam za tłumacza francuskich tabliczek. Największym zdziwieniem dla mnie były jedynie francuskie napisy w Luwrze. Jedno z najstarszych i największych muzeów na świecie, odwiedzane rocznie przez miliony anglojęzycznych turystów, nie ma tabliczek przy eksponatach w tym języku... Wiem, że Francuzi mają bzika na punkcie swojego języka i u nich nawet komputer jest oridnateurem, mają specjalne urzędy czy też instytucje, które mają na celu zachowanie czystości języka francuskiego, jednak uważam, że trochę angielskiego dla turystów by się przydało. Przecież  świat nie zaczyna się i nie kończy we Francji.




Wrażenia
10 dni, które spędziłyśmy we Francji, były wspaniałe i niesamowite. Dały mi ogromnie dużo pod każdym względem. Bardzo pozytywnie wspominam ludzi, których poznałam. Przede wszystkim Leonarda, który został naszym hostem i przewodnikiem po Paryżu i Villejuif, jego przyjaciół, którzy towarzyszyli nam w czasie kolacji pod Luwrem (niesamowita sprawa, na pewno będzie dogłębnie opisana w kolejnych postach z Francji), Gihan, która wynajęła nam swoje w pełni wyposażone mieszkanie i zaufała nam, wszystkich, którzy nam pomagali, gdy się gubiłyśmy, lub czegoś nie wiedziałyśmy. Posmakowałyśmy trochę francuskiej kuchni, choć tutaj mam spory niedosyt. Do tego zwiedziłyśmy praktycznie wszystkie miejsca, które miałyśmy w planach i nie brakło nam czasu na nicnierobienie w parku czy obserwację normalnego, spokojnego życia. Wrażenia co do poszczególnych miejsc na pewno będą się pojawiać w kolejnych postach.









W tym poście użyłam także zdjęć Ani z bloga www.ksiazkawpodrozy.blogspot.com z racji, że była moją towarzyszką w Paryżu. 

środa, 14 sierpnia 2013

Miasto miłości, czyli Paryż od strony organizacyjnej część 1/2

Gdyby wróżka przepowiedziała mi na Andrzejki (czy równie dziwną okazję), że w wakacje wyląduję w Paryżu, na pewno bym nie uwierzyła. Po co wracać drugi raz w miejsce, gdzie byłam zaledwie 4 lata temu? Sprawcą całego zamieszania stał się Ryanair i kolega, który potrzebował biletów do Paryża. Nie mam pojęcia dlaczego, ale sporo osób myśli, że mam doświadczenie z tanimi liniami (a był to mój 1,5 raz bo niewykorzystany Budapeszt liczę jako 0,5 ). Kolega poprosił o pomoc w znalezieniu taniego biletu, więc pomogłam ile umiałam. A przy okazji zobaczyłam, że bilety naprawdę są niedrogie! Tak więc lądując na Fuerteventurze pierwszy sms jaki odczytałam miał treść: "bilety kupione!". Ok, klamka zapadła, lecimy.
To ja ładnie wszystko rozpiszę co i jak wyglądało.

Transport 
Samolot
Ryanair z Wrocławia do Beauvais. Wiecie, że Beauvais jest ponad 80 km od Paryża? To tak, jakby lotnisko w moim mieście było uważane za lotnisko krakowskie. Sam przelot  Ryanair'em był moim pierwszym razem z tymi liniami lotniczymi. Nie miałam pojęcia jak wyglądają te ichniejsze odprawy ani nic. Ania, która była ze mną, tym bardziej nie miała pojęcia, gdyż był to jej pierwszy lot. Wiedziałyśmy, że bagaż podręczny ma wymiary 55x40x20. I może ważyć 10 kg. Jak na 10 dni zapakować się w podręczny Ryanaira, aby nie brakło ubrań, kosmetyków, sprzętu i aby nie ważyło za dużo? W moim przypadku kluczem okazała się torba. Mimo mojej ogromnej miłości do pięknych walizek (de facto ważących około 2-3 kg), musiałam przemóc się i wziąć torbę. Ale za to jaką! Udało mi się namówić ciocię, aby uszyła mi torbę na wymiar. Torba jest idealna- nie waży więcej niż zwykła torebka, mieści ogromnie dużo rzeczy, do tego jest wytrzymała (Ani torba strzeliła na dzieńdobry i musiałyśmy się ewakuować taśmą!). Zmieściła ponad 15 bluzek, 5 par spodni, ze 2 swetry, lustrzankę, tableta, ręcznik, prześcieradło, kosmetyki i kosmetyczkę. I co lepsze- weszła bez problemu w koszyk Ryanaira! Byłam pod ogromnym wrażeniem.

Dojazd z Beauvais do Paryża 
Samo lotnisko Beauvais to porażka. Ot, większy namiot, lotniskiem go nazwać to spora nadinterpretacja. No ale samoloty lądują, więc niech będzie. Trzeba się wydostać stamtąd jakoś do Paryża. Najszybsza metoda to autobus. W jedną stronę kosztuje 16 euro od osoby i podjeżdża do Porte Maillot w Paryżu. Stamtąd już tylko do metra a dalej po centrum bez problemu. Nie ma obaw co do tych autokarów-jest ich zawsze dużo i tylko czekają na pasażerów. Jest podobno jakiś pociąg, ale to z jakimiś przesiadkami i wcale nie wychodzi dużo taniej. Autostop może być ciężki, ale nie jest niemożliwy. Podobno można łapać stopa w pobliskim McDonald'sie.


Poruszanie się po Paryżu
W mieście funkcjonuje metro, RER, autobusy i tramwaje (podobno, choć nie widziałam ich akurat). Mapka całej komunikacji na początku wydaje się być przerażająca, ale po kilku chwilach stanie się najlepszym przyjacielem zagubionego człowieka w Paryżu. Stacji jest mnóstwo, więc nigdzie nie jest daleko. Autobusy też funkcjonują bez problemów. Co do metra to koniecznie trzeba pamiętać, że około 1:30 w nocy przestaje ono działać. Bilety w paryskiej komunikacji to dość skomplikowana sprawa. Kupuje się je w specjalnych maszynach (na szczęście, niektóre są obsługiwane po angielsku).


 Do poruszania się po mieście (strefy 1-3, rozkład stref na broszurce dostępnej w każdej informacji) można kupić karnet 10 przejazdowy. To po prostu 10 biletów, które można stosować w metrze, autobusie, tramwaju oraz RER w strefach 1-3. Koszt 10 biletów to 13,3 euro. Natomiast pojedynczy bilet to 1,7 euro. Przy RER, które kursuje na 4 i 5 strefę trzeba kupić osobne bilety. Koszt biletu do disneylandu w dwie strony to 14,60 euro, natomiast cena biletu do Wersalu to 6,70 euro. Zabawa zaczyna się przy obsłudze maszyn, gdyż trzeba wybrać opcję szukania miejscowości i znaleźć tam wśród kilku podobnych dokładną stację gdzie wysiadamy. Raz udało mi się kupić bilety w informacji, co było ogromnym sukcesem. Zazwyczaj jednak byłam odsyłana do maszyn po bilety. W wersji bardzo oszczędnej można także jeździć we dwie osoby na jednym bilecie lub po prostu przeskakiwać bramki. Kontrolerzy są ubrani w białe uniformy i od razu ich widać w przejeżdżającym metrze. Jak wiadomo, jest to jednak opcja nielegalna, więc nie będę do niej zachęcać. Chociaż mi pomogła oszczędzić kilkanaście euro. Dla większej ilości informacji polecam broszurę http://www.ratp.fr/en/upload/docs/application/pdf/2011-07/paris_public_transport.pdf .
Trzeba uważnie sprawdzać z jakich maszyn sprzedających się korzysta. W jednych jest tylko po francusku, w innych tylko monety, w kolejnych tylko karty kredytowe. Autobusy funkcjonują nie najgorzej, chociaż ciężko je porównać z metrem, które ma o niebo więcej stacji i jest znacznie częściej.

Dojazd z Paryża do Beauvais 
Na koniec podróży trzeba jakoś wrócić na lotnisko.  Znowu najlepsza opcja to autobus. Aby dostać się na lotnisko należy udać się najpierw do Porte Maillot w Paryżu około 3 godziny przed odlotem samolotu. Bilet kosztuje nas kolejne 16 euro. W moim przypadku kolejka do autokarów była ogromna i bałam się, że nie zdążę. Na szczęście się udało i dojechałam na lotnisko na czas. Warto również sprawdzić stronę www.covoiturage.fr gdzie ludzie oferują przejazdy w miarę wolnych miejsc w samochodzie za niewielkie kwoty w porównaniu z autokarem (4-10 euro). Co do samego lotniska, to nie ma co liczyć na strefę bezcłową-to zaledwie dwa sklepy z potwornymi cenami (np. woda 3.10 euro!). Najpierw na lotnisku przechodzi się przez sprawdzanie bagażu (wymiaru), następnie dopiero jest kontrola kart pokładowych i paszportów, a na samym końcu odprawa bezpieczeństwa. To dosyć nietypowe rozwiązanie, nigdy wcześniej się z taką kolejnością nie spotkałam. Ale z racji, że lotnisko obsługuje jedynie tanie linie, mogli sobie pozwolić na coś takiego.


Paryż od strony kulinarnej
Francja słynie z mnóstwa niezwykłych smaków. Ślimaki, żabie udka, kasztany, naleśniki i wieeele innych. Nie da się pominąć słynnych makaroników czy też lodów. Próbowałyśmy sporo, jednak nie udało się skosztować wszystkiego.


Lody
Przy przygotowywaniu swojego planu na zwiedzanie Paryża natknęłam się na sporo informacji o najlepszym jedzeniu i najlepszych miejscach. Na jednym blogu znalazłam informację o lodach Berthillon. Lodziarnia znajduje się na wyspie świętego Ludwika (Ile Saint-Louis). I nie warto wierzyć okolicznym lodziarniom z takim napisem. Oryginał jest tylko jeden i trzeba przejść większość wyspy aby dostać się do tej jednej jedynej lodziarni. Mi pomógł pewien pan w sklepie, gdy zrezygnowana po przejściu większości wyspy nie znalazłam nic co by przypominało słynną lodziarnię. Gdy już dotarłam, musiałam wystać sporo w kolejce.


Wybrałam dwa smaki-truskawkowy i owoce egzotyczne. I muszę przyznać, że były to chyba najlepsze lody jakie jadłam, Kawałki owoców, zmrożone, ale nie na kamień i nie rozpływające się, idealny smak i konsystencja. Niebo w gębie w 100%. Ceny o dziwo jak na centrum Paryża bardzo przyzwoite- jedna gałka 2.5 euro, dwie za 4. Kubeczek zamiast wafelka kosztuje dodatkowe 30 eurocentów. Innych lodów w Paryżu nie jadłam z powodu bardzo wysokich cen.


Makaroniki
Nigdy nie rozumiałam ich ideału. Wyglądają jak zwykłe ciastko z masą w środku. Pojechałam do Paryża z zamiarem skosztowania choć jednego. Przy Champs-Elysees kolejka w Laduree była ogromna. Niestety musiałyśmy się spieszyć na spotkanie z naszymi znajomymi i nie zrobiłyśmy tam zakupów. Gdy skręciłyśmy w jakąś małą uliczkę okazało się, że znajduje się tam kolejne laduree (w okolicach kościoła Madelaine). Co więcej nie ma tam prawie wogóle kolejki. Zaintrygowane weszłyśmy do środka i rzuciłyśmy okiem na cennik-1.85 euro za malutkiego. Z bólem serca można przeboleć. Kupiłyśmy cztery różne-czekoladowy, malinowy, ze słonym karmelem, kwiat pomarańczy. Na szczególną uwagę zasługuje elegancja z jaką ciasteczka są pakowane. Elegancja i klasa w jednym. Siadłyśmy sobie w okolicy cukierni  i skonsumowałyśmy te maleńkie dzieła sztuki, które zakupiłyśmy. Nie ma słów, które mogłyby opisać ich smak, naprawdę! Nie zważając na cenę wróciłyśmy i kupiłyśmy kolejne dwa-cytrynowy i mango (czy tam melon, nie pamiętam). Jakby nie błaganie naszego portfela, pewnie kupiłybyśmy wszystkie po kolei. Moim faworytem jest cytrynowy i solony karmel. Zdjęcia aparatem niestety nie zostały zrobione z powodu cieknącej po brodzie śliny. Poniższe zdjęcie pochodzi z zatłoczonej Laduree na Polach Elizejskich.


Naleśniki
Naleśniki (francuskie crepes) to kolejny z kulinarnych symboli Paryża. Małe naleśnikarnie znajdują się co kawałek. Naleśniki smakują gdzieniegdzie dokładnie tak jak te, które robimy w Polsce. Natomiast są miejsca, gdzie smakują one tak bardzo wyśmienicie, że nie chce się ich jeść, aby smak się nie kończył. My jadłyśmy w trzech różnych miejscach. Pierwszy raz pod Notre-Dame. Nie zachwyciły nas, ale byłyśmy głodne. Z dżemem truskawkowym smakowały całkiem nieźle. Kolejne to naleśniki znane jako najlepsze w Paryżu. Przy Ogrodach Luksemburskich jest mała budka Le petit journal, gdzie średnio sympatyczny pan sprzedaje jedne z najlepszych naleśników w mieście. Nam trafiły się odgrzewane, ale mimo wszystko były znakomite. Ja jadłam z kremem z kasztanów i zdecydowanie polecam-taka lepsza odmiana Nutelli. Ania wzięła z dżemem pomarańczowym. Ja ten dżem kupiony w Hiszpanii kilka lat temu nadal miałam niedawno w lodówce bo się go zjeść nie dało. Ania na swoje nieszczęście też nie została fanką tegoż dżemu, tak więc najlepsze naleśniki okazały się najgorszymi w jej przypadku. Trzecie naleśniki zjadłyśmy już pod naszym mieszkaniem w małej budce. Były niezłe, ale do tych spod Ogrodów Luksemburskich to sporo im brakowało.

Ciabatta
Pewnie większość z Was nie wie, dlaczego ciabatta znalazła się na tej liście. Otóż sama się nie spodziewałam, ale to właśnie w Paryżu jadłam ciabattę, która dosłownie zwaliła mnie z nóg. Generalnie dostanie się je w wielu miejscach-im więcej turystów tym więcej bagietek z serem i pomidorem, kanapek, pit oraz ciabatt. Większość cudownym smakiem nie grzeszy, przyciągającym wyglądem również nie. Ale jest jedno miejsce, gdzie ciabatt są zawsze świeże, gdzie ludzie ustawiają się w kolejce i wracają po raz kolejny.  Niedaleko Notre-Dame na Ile-de-cite uliczka w prawo od katedry. Ciężko się zgubić i nie znaleźć. Jadłam tam dwa razy ciabattę z różnymi rodzajami sera i pomidorem. Nie dość, że sery są niesamowicie smaczne, pomidor świeży i pyszny, to jeszcze całą ciabatta jest posmarowana czymś (prawdopodobnie oliwa z przyprawami) co sprawia, że jest pyyyyycha. Podawana na gorąco na wynos. Kilka rodzajów prawdziwego francuskiego sera, który bajecznie ciągnie się. Niebo w gębie to naprawdę za mało powiedziane.
Cena za jedną ciabattę to coś między 4 a 5 euro w zależności od pory dnia (wieczorem jest taniej).


Ciastka
Nie da się w moim przypadku przeżyć bez słodyczy. Po kilku dniach bez czekolady organizm odmawia współpracy i krzyczy: "czekolaaady!" a wtedy nie potrafię odmówić. Gdy przechodziłam obok cukierni i zobaczyłam czekoladową kulkę w witrynie wiedziałam, że to jest to! Ania przy okazji zobaczyła malutką, piękniutką tartę. Takim sposobem nabyłyśmy te cuda, które zapakowano nam w cudowny kartonowy pojemniczek.




Chyba nie muszę dodawać, że było pyszne!

Targ
W Paryżu można natknąć się na wiele targów- ze starociami, z jedzeniem, z książkami. Jeden z takich targów rozkładał się dwa razy w tygodniu na sąsiedniej ulicy od naszego mieszkania. Postanowiłyśmy się tam udać, aby zakupić jakieś pyszności na śniadanie. Sam targ wyglądał no jak targ. Za to asortyment był nieziemski- od owoców, przez dania tureckie, libańskie, po słodycze, pieczywo, sery, wina, miody. Dosłownie wszystko co nadaje się do wszamania. Kupiłyśmy mnóstwo owoców, bagietkę, dwa rodzaje sera, suszone owoce i klika jeszcze innych rzeczy. Najlepszy był ser typu camembert. Idealnie gładki, słonawy, o idealnej konsystencji- twardsza skórka, miękki środek na środku topiący się od gorąca. Najlepsze, co jadłam w Paryżu, bezkonkurencyjne. Uwielbiam sery, ale ten śni mi się po nocach do dzisiaj. Pamiętajcie,  jak będziecie się wybierać do Paryża, aby przywieźć mi choć kawałek tego niesamowitego sera. 


Czego nie ma w Polsce
Zawsze, gdy jadę za granicę, szukam w supermarketach rzeczy, których nie ma w Polsce, albo są baardzo drogie. Tak też było w czasie pobytu w Paryżu. Przede wszystkim próbowałyśmy win- podobno tanie nie znaczy złe, jednak żadne z win pitych w Paryżu nam nie podeszło. Kolejna ciekawostka dla mnie to kakaowe M&M's. Wersję z orzeszkiem i klasyczną zna chyba każdy, kto jada słodycze. Wersja kakaowa jest dużo bardziej kakaowa, świetnie smakuje z bagietką na przykład na obiad w Disneylandzie. Do wina też się nada jako przegryzka. Totalnie zauroczyły mnie herbatniki Lu ze zdjęcia poniżej (które przedstawia nasze śniadanie w wersji na bogato). Smakują nieziemsko- są słodkie, maślane i kruche. Zjedzone ze smakiem w Luwrze.


Nutella &go! jest również produktem raczej ciężko dostępnym u nas. Smakuje.. no cóż-jak nutella. Jedynym udziwnieniem są paluszki zbożowe, które wkłada się do nutelli. Moim zdaniem bez szału zupełnie, gdyż wolę wyjadać nutellę palcem lub łyżeczką ;)



Żabich udek nie spróbowałam, ślimaków również nie (zresztą nawet nie mam pojęcia jak to "obsłużyć"). Kasztanów szukałam w całym Paryżu, szczególnie na Montmartre a na placu Pigalle to już wogóle oczy naokoło głowy. Niestety nie było ich nigdzie, co było mega rozczarowaniem. Wynagrodziłam sobie naleśnikami z kremem z kasztanów.


W tej części opisałam jedynie transport i jedzenie. W kolejnej będzie mieszkanie (a raczej mieszkania, bo zmieniałyśmy), zwiedzanie (którego była ogromna ilość) oraz komunikacja werbalno-niewerbalna i językowa. Mam nadzieję, że post kiedyś przyda się ludziom wybierającym się do Paryża. W razie pytań piszcie śmiało. 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...