poniedziałek, 29 lipca 2013

36. Wydmy na Fuerteventurze, czyli piaskowy raj w Corralejo

Jeżeli ktoś wątpi, że istnieje raj na ziemi dla plażowiczów, to zapraszam go na Fuerteventurę. To jedna z siedmiu głównych Wysp Kanaryjskich. Nazywana plażą Wysp Kanaryjskich. Czy zasłużenie? Zapraszam do oglądnięcia zdjęć poniżej. Przedstawiają one słynne wydmy w Parku Narodowym Dunas de Corralejo. 


Wydmy widoczne są już z samolotu. Dzięki nim wiemy, że dolatujemy na Fuerteventurę. To żółte pole to właśnie wydmy. Ta mała wysepka niedaleko wydm to Los Lobos.


Co ciekawe, przez środek wydm prowadzi droga FV-1. To jedna z głównych między miejscowością Corralejo a portem lotniczym w Puerto del Rosario. Całkiem spory ruch jest na niej, bez względu na porę roku. A widoki z samochodu są niesamowite. Na przykład takie, jak na pierwszym zdjęciu.


Czyż to nie dziwne, że na wulkanicznej wyspie znajduje się tak ogromny kawałek pokryty piaskiem? Otóż tą zagadkę da się całkiem prosto wyjaśnić. Wydmy są położone <zaledwie> 100 km od Sahary. W czasie calimy (wiatru znad Sahary w stronę Fuerteventury) ogromne ilości piachu są nawiewane przez Ocean. Układają się w przeróżne formacje z piasku-wydmy, plaże, czy pagórki.


Niektóre źródła twierdzą, że wydmy w Corralejo mają 6 km długości, inne, że 10. Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia jaka jest prawda, gdyż nie byłam w stanie przejść całych i sprawdzić. Ale tak długich spacerów po plaży to ja sobie dawno nie urządzałam.


Mimo, że wydmy są częścią parku narodowego, nie ma żadnych zakazów ani ograniczeń w spacerowaniu po nich. Można leżeć plackiem na plaży, jeździć quadami, rowery widziałam, można także parkować na nich samochody. To świetne miejsca dla wind i kite surferów, chociaż mając do wyboru całą wyspę, z reguły wybierają oni południe (Jandia i okolice, o czym pisałam <tutaj>).


Ogromna ilość piasku aż zachęca do stania się na chwile totalnym dzieciakiem. Gonienie po gładziutkim piasku, zjeżdżanie z górek piaskowych, nawet robienie piaskowych orłów ujdzie nam na sucho.


Nieprawdą jest, że z Corralejo na wydmy jest daleko. Niektórzy tak twierdzą, ale to zdecydowanie nieprawda. Kilkanaście minut na nogach i jesteśmy na wydmach. Wystarczy kierować się na wschód od miasteczka, tam już jest tylko jedna droga, wzdłuż której musimy iść, aby dotrzeć ostatecznie na wydmy. Nie sposób je przegapić.


W maju wydmy były idealnie puste, co widać na zdjęciach. Prawie nie było turystów. Zaledwie kilka osób rozłożyło ręczniki czy koce i łapało promienie słońca. A słońce na Wyspach Kanaryjskich jest bardzo mocne i trzeba bardzo uważać na nie. Wystarczy kilkanaście minut i zamiast normalnej skóry, mamy czerwoną i łuszczącą się.


Wiele osób, które są po raz pierwszy na Wyspach Kanaryjskich, bagatelizuje ostrzeżenia o  mocnym słońcu. Po kilku godzinach na filtrze 6 wyglądają jak po prostu raczki. Dlatego pamiętajcie o co najmniej filtrze 25. Warto wziąć 50, gdyż jest ona przydatna na miejsca bardziej narażone na słońce po kilku dniach.


Ocean w maju jest świetny. Trochę cieplejszy niż Bałtyk w sezonie. Spokojnie można wejść i zanurzyć się. W sierpniu jest już cieplutki, ale maj to jeszcze nie pełnia lata.


Na środku wydm wybudowane zostały dwa hotele RIU. Jedni twierdzą, że szpecą one wydmy, inni, że dodają im uroku. Ja jestem po środku. Zero cywilizacji przez 10 km to trochę za dużo jak dla mnie, mi hotele nie przeszkadzają. Przy jednym z nich stoi sklep z kosmetykami z aloesu. Można tam kupić również naturalny aloes do picia. Ceny podobno nie są najgorsze, ale ja tam na aloesie się nie znam.


Stwierdziłam, że nie ma co dłużej moczyć samych nóg, więc wyskoczyłam ze spodenek i w stroju pobiegłam do oceanu. Bajka.


Czasem można natrafić na pozostałości lawy wulkanicznej. Fajnie wychodzi na zdjęciach przy prawie białym piasku.


Z wydm widać idealnie wyspę Los Lobos. Ten taki mały wulkanik to własnie Lobos, na którą można popłynąć z Corralejo. Ja niestety zrezygnowałam na rzecz zwiedzenia całej Fuerteventury.




Dla osób, które nie mają ochoty robić sobie spaceru na wydmy z Corralejo, kursuje co chwilę autobus. Wystarczy stanąć na przystanku i poczekać na jakiś jadący w stronę wydm. Tam tylko powiedzieć, że do hotelu Riu albo na Grandes Playas i dostaniemy bilet (kosztuje coś ponad 1 euro w jedną stronę). Wysiadamy pod hotelami, a stamtąd już można udać się na wydmy.


W sezonie zapewne plaże zapełniają się płatnymi leżakami i parasolami, mnóstwem ludzi i na pewno nie jest tak cicho. Dla mnie było idealnie. Słońce, plaża z niewielką ilością ludzi i rześki ocean. Mam nadzieję, że jeszcze zwiedzę inne wyspy z tego archipelagu w niższym sezonie turystycznym, bo nie ma co porównywać z wakacjami (na przykład plaże na Teneryfie w ostatnim tygodniu sierpniu wyglądały <tak>)

niedziela, 14 lipca 2013

35. Prasonisi czyli miejsce, gdzie najwięcej słychać języka polskiego w Grecji

O tym, że Polaków można spotkać wszędzie, przekonuję się w czasie każdej mojej podróży. Szczególnie odczułam to na greckiej wyspie Rodos. Idąc nadmorską promenadą w mieście Rodos Polak sprzedawał jakieś pamiątki, szukając w sklepie z naturalnymi kosmetykami z oliwek czegoś, sprzedawczyni okazywała się Polką, która wyszła za mąż za Greka, właściwie gdzie się nie poszło, tam można było spotkać kogoś z Polski, kto obecnie mieszka na Rodos. Największym zaskoczeniem jednak było dla mnie to, że na Prasonisi większość szkół wind i kite surfingowych to właśnie szkoły polskie. Język polski był słyszalny bardziej niż na rynku w Krakowie. 


Samo Prasonisi to półwysep na samym "dole" wyspy Rodos, czyli jej najbardziej wysunięta na południe część. Oddziela dwa morza otaczające Rodos- Egejskie i Śródziemne. To, czym się różni jedno od drugiego pokażę Wam kiedy indziej, na razie tylko sam półwysep.


Prasonisi słynie z tego, że jest mekką surferów. To jedno z najpopularniejszych miejsc w Europie do uprawiania tego sportu bez względu na zaawansowanie i umiejętności. Dlatego powstało tam wiele szkółek windsurfingowych i kitesurfingowych. Większość z nich należy do Polaków. Więc nie trudno jest znaleźć jakąś szkołę, która nauczy nas tego nie łatwego sportu. Jakie są ceny za naukę windsurfingu? Wysokie. Coś koło 40 euro za godzinę nauki. Ile trzeba lekcji aby przynajmniej stanąć na desce? Co najmniej 10. Tak przynajmniej mi powiedziano na Prasonisi.


Sam podjazd na półwysep jest niesamowity-wjeżdża się na tereny wojskowe, gdzie nie wolno parkować ani zatrzymywać się.  Z oddali widać kolorowe latawce, których jest mnóstwo. Dalej już parking i ogromna, długa plaża pełna kolorowych latawców z gdzieniegdzie leżącymi na kocach ludźmi.


Niestety, mimo pięknych okoliczności przyrody, nie możemy skorzystać z kąpieli. Nawet wejście do wody po kolana (czyli metr wgłąb wody) powoduje, że zaraz dostajemy upomnienie od najbliżej stojącej osoby. W jakim języku? Oczywiście po polsku!


Niemniej jednak Prasonisi nawet w szczycie sezonu to świetne miejsce na opalanie się. Jedyną wadą jest to, że nie można się ochłodzić w wodzie. Za to plaża ta nadrabia świetnymi widokami, bo kto nie lubi poczuć się jak w Słonecznym Patrolu i pooglądać sobie zmagania ludzi z falami?


Naprawdę jest co oglądać. Niektórzy dopiero się uczą i zmagają się z własnymi słabościami. Inni są prawdziwymi mistrzami w tym, co robią. Niesamowici są co poniektórzy. Ogromną radość sprawiało mi oglądanie wyczynów co niektórych. A instruktor stojący obok mnie tylko wytykał im błędy.


Tak tak, to popis jednego z uczniów tego pana w białej koszulce. Meeega!


Prasonisi to dobre miejsce na całodniową wycieczkę a także na przystanek w czasie wycieczki dookoła wyspy Rodos. I oczywiście idealne miejsce na stawianie pierwszych kroków w windsurfingu oraz kitesurfingu. Co więcej, dla Polaków na przewagę nad większością miejsc w Europie, że można się tam bez problemu dogadać bez znajomości jakiegokolwiek języka oprócz polskiego.


                                                             ------------------------------------
Kochani, zapewne zauważyliście na blogu nowy szablon. Serdecznie dziękuję Lizz Kaviste za cały szablon a przede wszystkim za cierpliwość, pomoc i dobre rady. Jak Wam się podoba taki szablon?

                                                            -------------------------------------
Pozostały mi dwa dni do wylotu, więc najwyższa pora zapytać się o rady. Tak więc we wtorek lecę do PARYŻA. Gdy pisałam post o Disneylandzie, bardzo żałowałam, że mam takie kiepskie zdjęcia, ale pewnie się tam nie pojawię w najbliższym czasie. A tu taka niespodzianka. Jakie jeszcze miejsca poza Ejfelką, Luwrem i popularnymi miejscami turystycznymi polecacie zobaczyć? Gdzie warto skoczyć na zakupy a gdzie zjeść coś ciekawego i nie zbankrutować?

poniedziałek, 8 lipca 2013

34. Centrum Nauki Kopernik czyli co, gdzie, za ile i dla kogo?

Centrum nauki Kopernik w Warszawie to miejsce, o którym jest głośno już od pierwszego dnia otwarcia. Zostało otwarte dosyć niedawno bo w 2010 roku i przyciąga od tego czasu i młodych i starszych. To świetna inicjatywa mająca spore znaczenie dla rozwoju młodych ludzi. Bo przecież ile można uczyć się siedząc w ławce w dusznej klasie? Czy nie lepiej jest sprawdzić swoją wiedzę w interaktywnych zabawach? Nie wszystkie szkoły mają możliwość zapewnienia swoim uczniom warunków do kreatywnych zabaw czy pobudzających do myślenia zadań. Dlatego Centrum Nauki Kopernik jest tak chętnie odwiedzane przez szkoły (od podstawówki, do studentów włącznie). Ja wybrałam się tam w ramach wycieczki klasowej w 1 klasie liceum. I naprawdę świetnie się bawiłam.  To jedno z niewielu miejsc, gdzie nie przeszkadza tłum ludzi, gdyż każdy  ma swoje spostrzeżenia, które są bardzo wartościowe. Niekiedy nie zwróciłabym uwagi na coś, a jakiś mały człowiek koło mnie krzyknie coś, co daje mi pole do myślenia na najbliższe kilka minut. 


Muzeum podzielone jest na kilka części, między innymi: Człowiek i środowisko, strefa światła, świat w ruchu, Re:generacja. To tylko niektóre. Jest jeszcze teatr robotyczny oraz laboratoria. Czas, jaki należy przeznaczyć na zwiedzanie to około 5 godzin. I mimo, że wydaje się to ogromną ilością czasu, mija bardzo szybko- o wiele za szybko. Wcale nie bolą nogi od chodzenia, ani głowa od siąknięcia informacji jak gąbka. A informacje są tam na każdym kroku. Mimo, że właściwie większość możemy dowiedzieć się w szkolnej ławce, w Centrum Nauki Kopernik, jest to znacznie łatwiejsze do przyswojenia.


Zdecydowanie najbardziej oblegany był robot rysujący twarz ze zdjęcia. Ustawiasz się do zdjęcia, potem czekasz na swoją podobiznę narysowaną przez robota. Spędziłam tam tyle czasu w kolejce, że w czasie rysowania mojego portretu pracownicy musieli mnie uświadomić, że już zamykają. Ale warto było a portret mam gdzieś do dzisiaj.


Jakby zachwytów było mało, to cena za wstęp wcale nie jest wysoka. Jak za kilka godzin łatwo dostępnej i nie trudno przyswajalnej wiedzy, ceny naprawdę są atrakcyjne. Za bilet normalny zapłacimy 25 zł, ulgowy 16 zł. Przy grupach jest oczywiście trochę taniej. W ramach tego biletu możemy wziąć udział w spektaklu teatru robotycznego. Dodatkowe opłaty są za planetarium oraz  laboratoria.


Wszystkie wystawy są interaktywne- nie ma zakazów dotykania, przekładania ani używania. Dostosowane są dla małych dzieci wielkością- na pewno nic nie będzie dla nich za wysoko. U góry zdjęcie z USG kobiety w ciąży. Nadaję się na lekarza jak nic, prawda? ;)


Tutaj ja w wersji +10 kg. Już wiem, że nie mogę aż tyle przytyć, bo nie specjalnie mi do twarzy z dodatkowymi kilogramami. Jest również lustro w wersji -10 kg, też nie wyglądam na nim za specjalnie korzystnie.

Przepływ krwi w organizmie. Za pomocą specjalnych pompek możemy poczuć jaka siła jest potrzebna do przepompowania krwi. Pamiętam, że po kilku sekundach bolały mnie ręce, a serce bije nieprzerwanie przez kilkadziesiąt lat! Ono to dopiero ma ciężką robotę!


Niestety, po zrobieniu kilku zdjęć zajęłyśmy się zwiedzaniem Centrum i zapomniałyśmy o zdjęciach. Myślę, że te kilka, które zamieściłam wystarczyło, aby przekonać kogoś, że to świetne miejsce na spędzenie jednego z wakacyjnych dni właśnie w Centrum Nauki Kopernik. A może już byliście?

poniedziałek, 1 lipca 2013

33. Costa Adeje i Playa de las Americas czyli gdzie mieszkać na Teneryfie.

O ciekawych miejscach na Teneryfie pisałam już sporo, jednak zauważyłam, że wiele osób zastanawia się, czy lepiej wybrać północ wyspy, czy południe.  Dostaję też czasem emaile z pytaniami, co lepiej wybrać, aby się nie nudzić. Ciężko jest mi doradzać osobom, których nigdy nie widziałam i nie wiem, jaki styl podróżowania wybierają. Dlatego, aby ułatwić sobie zadanie,  przedstawię jedne z większych miejscowości na południu, a mianowicie Costa Adeje wraz z Playa de las Americas. 


Mimo, że w sezonie plaże są dosyć zatłoczone, moim zdaniem jest to świetne miejsce dla młodych ludzi. Jest tu mnóstwo dyskotek, barów, klubów (szczególnie w Playa de las Americas, które jest tą bardziej imprezową częścią). Przy porcie znajdują się knajpki, gdzie wieczorami można posiedzieć i wypić tradycyjną Sangrię. Można również skosztować świeżych owoców morza.


Architektura jest typowo turystyczna. Nad oceanem górują nowoczesne, wysokie i luksusowe hotele. Sporo jest też zieleni, która naturalnie jest na wyspie znacznie uboższa. Plaże przy hotelach nad oceanem są czarne, z wulkanicznego piasku. Parasole i leżaki oczywiście są płatne, natomiast zawsze można przyjść z własnym kocem i od razu kilka euro zostaje w kieszeni.


Costa Adeje to bardzo zadbana część wyspy. Spokojnie może być wizytówką całej wyspy- luksusowa, spokojna i sprzyjająca relaksowi w dzień, natomiast żyjąca i szalona w nocy. Do tradycji na wyspie należy botellon - młodzi ludzie kupują w sklepach alkohol, potem idą w jakieś przyjemne miejsce i spożywają trunki w najróżniejszych miejscach w towarzystwie innych. Nie raz idąc ulicą można dostać zaproszenie na takie coś.


Poziom oferowanych usług hotelowych w Costa Adeje jest bardzo wysoki. Większość hoteli ma co najmniej 4 gwiazdki. Zdarzają się też 3 gwiazdkowe, jednak należą one do rzadkości. Nie znajdziemy tutaj hosteli, jedynie czasami jakieś pokoje gościnne. Ceny dla prywatnych osób są powalające- za 7 nocy zazwyczaj znacznie wyższe, niż wczasy z biurem podróży na 7 nocy all inclusive+przeloty. Wynika to z tego, że biura mają podpisane bardzo korzystne umowy na kwaterowanie swoich klientów w danych hotelach. Dlatego nad wycieczką na własną rękę trzeba się dobrze zastanowić.
 

Port to bardzo przyjemne miejsce. Wokoło znajduje się trochę barów, pubów i sklepów. Nie można się tutaj nudzić. Przez cały dzień do portu przypływają jachty, które robią niekiedy ogromne wrażenie swoją wielkością i bogatym wyposażeniem. Dodatkowo można nacieszyć oko przyjemnym widokiem- czyż nie pięknie wyglądają białe jachty na tle granatowego oceanu, niebieskiego nieba i zielonych palm?


Być może, kiedyś na Teneryfie zorganizowano konkurs na najdziwniejszą knajpę. Moim faworytem jest ta, gdzie zamiast stolików i krzeseł, siedzi się w starych samochodach pod parasolem. Świetna sprawa, ale podejrzewam, że ceny też nie są niskie.


Będąc w Costa Adeje, warto wybrać się również bardziej wgłąb wyspy. I wcale do tego nie trzeba samochodu. Wystarczy udać się w kierunku odwrotnym od oceanu. Tam będziemy mieli niezapomnianą okazję do oglądnięcia miasta z większej odległości. Tam również znajdują się hotele czy domy miejscowych. Przy dłuższej wycieczce dotrzemy do pól bananowców.


Powyżej ja w jednym z mini parków około 3 km od oceanu. Niesamowita zieleń, najprzeróżniejsze odmiany drzew i krzewów oraz spokój, którego niekiedy brakuje w centrum.


Widok na miasto z odległości. Akurat mieszkałam kilka kilometrów od oceanu, więc miałam okazję taki widok podziwiać kilka razy dziennie. Przekonałam się również, że chodzenie na obcasach po górzystych drogach wcale nie jest takie proste. Ale podobno trening czyni mistrza (no mi jeszcze sporo brakuje do mistrzostwa). Idąc na wschód można podziwiać z góry zabudowę Siam parku o którym pisałam tutaj


Zdarzają się czasem na Teneryfie dnie, kiedy zamiast słońca jest mgła. Temperatura nie zmienia się jakoś drastycznie, jednak zupełnie inaczej wyspa wygląda. W czasie mojego dwutygodniowego pobytu na Teneryfie mgliście i pochmurno było przez jeden dzień, więc nie ma się co obawiać o pogodę. Powyżej widok z ulicy na to, co z reguły jest za plecami.


To, co mnie w Costa Adeje urzekło, to zdecydowanie palmy. Mnóstwo palm, na każdym kroku-wszędzie! Jak już wspominałam kocham widoki z palmami i kocham miejsca, gdzie jest ich mnóstwo. W tej miejscowości rosną praktycznie wszędzie bezpośrednio na chodnikach, Poniżej bananowiec w centrum miasta.


Zieleń to kolejny ogromny plus dla Costa Adeje. Mimo, że klimat nie sprzyja uprawom zielonych roślin, hotele zadbały o przyjemne zielone skwerki. Wprawdzie nie są to skwerki takie jak w Polsce. Przeważają kaktusy oraz aloesy, opuncje czy wspomniane już wcześniej palmy. Są świetnie utrzymane i bardzo zadbane, dodają mnóstwa uroku ulicy i promenadom.


Idąc miastem mijamy wiele hoteli, barów, restauracji a także sklepów. Niektóre to małe budki z wszystkim "made in china", ale można poszukać sklepów luksusowych, które sprzedają swoje produkty po niekiedy niższych cenach niż w Europie.


Dobrym przykładem są perfumy.  Wyspy Kanaryjskie to strefa bezcłowa na perfumy i alkohole, więc ceny powinny być sporo niższe. W perfumeriach Europa i innych większych sieciowych ceny perfum są bardzo różne. Różnice między tą samą butelką perfum w kilku perfumeriach mogą sięgać nawet kilkanaście euro. Dlatego warto wstępować do każdej po kolei i pytać o cenę wybranych perfum. Obsługa często wręcza specjalne kupony zniżkowe czy rabaty, które sprawiają, że ceny naprawdę są rewelacyjne.


Promenada nad oceanem w Playa de las Americas jest bardzo długa i można nią spacerować bez końca. Zaraz przy oceanie, co kawałek ustawione są ławeczki dla zmęczonych, czasem palmy. Idealna sceneria na romantyczne zachody i wschody słońca nad oceanem.


Kiedy spragnieni słońca turyści udają się do hoteli na posiłki, plaża zamiera na chwilę. Spokój, cisza i szum oceanu. Chylące się ku wodzie słońce oznajmia koniec dnia. Nie na długo jest tak spokojnie. Za chwilę obudzą się do życia nocne kluby oraz restauracje. Przez całą noc coś się dzieje. Warto jest przyjść w nocy, usiąść na jakimś nie złożonym leżaku i posłuchać szumu oceanu połączonego z gwarem prosto z klubów. Przynajmniej ja to bardzo miło wspominam. Trzeba uważać na spacery po piasku, gdyż w ciemności na plaży sporo jest różnych skorupiaków a czasem nawet myszy i szczurów.


Tutaj już dzielnica klubowa. Mimo, że z zewnątrz kluby wyglądają średnio, w środku naprawdę się dzieje! A przynajmniej tak twierdzą ci, którzy byli (ja byłam za młoda). Taka Ibiza w miniaturze.


I jak tu nie być głodnym? Mi na sam widok tych zdjęć ślinka cieknie.


Koło 22, temperatura 25 stopni. Żyć nie umierać.


A na prawdziwe plażowanie zapraszają plaże bardziej na zachód od Costa Adeje. Idealnie chłodny i rześki ocean, biały piasek i skały do skakania dla odważnych.




 Na wschód od Playa de las Americas jest niewiele plaży. Z reguły są to mniej zadbane, kamieniste wybrzeża, gdzie przy odrobinie dobrej woli czy też desperacji można rozłożyć na wąskim skrawku kamieni swój koc.


Jak trafić na plażę w południowej części wyspy? Trzeba się zapytać miejscowych, gdzie są najlepsze plaże, lub po prostu udać się za tłumem. Na pewno trafimy na skrawek piasku, gdzie będziemy mogli rozłożyć swój koc. Oczywiście w wersji bardziej budżetowej są dostępne parasole i leżaki .
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...