poniedziałek, 27 maja 2013

30. W Polsce niczym na Ibizie czyli Władysławowo w codziennej, wakacyjnej odsłonie.

Władysławowo od dawna nazywane jest polską Ibizą. To dlatego, że jest to jedno z głównych miejsc wypoczynkowych na polskim wybrzeżu. W czasie wakacji zjeżdża się tam prawie cała Polska. Kiedyś trafiłam na artykuł na onecie, gdzie  można było przeczytać o tym mieście. Dziennikarz (albo dziennikarka-nie pamiętam) wziął pod lupę towarzystwo bawiące się na dyskotekach. Przeważają ludzie pochodzący z Warszawy ale także z innych, większych miast Polski. Wiele osób kojarzy to miasto właśnie z letnimi imprezami, deptakami zastawionymi kramami i   wysokimi cenami. Ja na Władysławowo popatrzyłam z innej strony. Przyjechałam tam na kilka godzin i chciałam zwiedzić jak najwięcej. Nie interesowały mnie kramy z bibelotami ani budki z hot-dogami. Swoją podróż rozpoczęłam do domu rybaka. 


Z daleka Dom Rybaka wygląda na kościół z wysoką wieżą. Jednak dopiero pod nim samym dowiadujemy się, że to jest budowla o zupełnie innym przeznaczeniu. Wybudowana została w stylu socrealistycznym i miała służyć jako hotel dla rybaków. Obecnie znajduje się tam przychodnia a w wieży każde piętro jest zagospodarowane. I tak możemy, wspinając się po schodach, znaleźć muzeum motyli, wystawy czy też instytucje. Ja ze swojej strony polecam muzeum motyli.  Wstęp kosztuje 8 zł dla dorosłych i 6 zł dla młodzieży i dzieci. Muzeum nie jest duże bo to zaledwie 2 pokoiki, ale ile można się naoglądać to w pamięci pozostanie na zawsze... Muzeum powstało z prywatnych zbiorów. Znajdują się tam najróżniejsze motyle, ale także stawonogi z całego świata. 




Z góry wieży Domu Rybaka roztacza się cudowna panorama na Bałtyk, Półwysep Helski a także Zatokę Pucką. Wstęp na szczyt wieży nie kosztuje wiele, ale widoki są naprawdę niezwykłe. Mimo burzowego nieba  siedziałam i wpatrywałam się w horyzont...  




Pod Domem Rybaka znajduje się Luna Park. Wygląda z góry całkiem fajnie, jednak nie miałam okazji z niego skorzystać.

Kolejny punkt we Władku to port rybacki. Akurat burzę przesiedziałam pod piwnicą Domu Rybaka i gdy tylko się przejaśniło to przemknęłam do portu rybackiego. To jeden z największych portów na Bałtyku. Sprawia bardzo przyjemne wrażenie i można sobie pospacerować po falochronie pełniącym funkcję molo.






W porcie znajduje się wiele statków turystycznych, które za opłatą przewiozą chętnych po falach Morza Bałtyckiego.

A poniżej widok z końca molo na cały port. W oddali Dom Rybaka i całe zatłoczone w wakacje miasto.


Władysławowo, to miejsce, gdzie warto się wybrać, jednak ja nie chciałabym zatrzymać się tam na dłużej na wakacje. Tłoczno, drogo, wszędzie to samo, plaże nie specjalne. Moim skromnym zdaniem lepszym miejscem na odpoczynek wakacyjny jest pobliska Jastrzębia Góra, lub też inne mniejsze miejscowości na polskim wybrzeżu. Jednak moim nadmorskim faworytem zostaje snobistyczny Sopot. Nie mam pojęcia dlaczego, ale to właśnie to miasto jest moim ulubionym. Razem z Gdańskiem. Nawet kiedyś myślałam o studiach tam.


Przy pięknej pogodzie port i całe Władysławowo są sporo piękniejsze niż na moich zdjęciach. Niestety pogoda nam nie bardzo dopisała, ale wycieczka mimo wszystko była udana. W lecie we Władysławowie odbywa się mnóstwo imprez plenerowych a także do dyskotek przyjeżdżają sławni DJ'e. Nie można się tam nudzić.


Na uwagę podobno zasługuje dzielnica Cetniewo, gdzie znajduje się Ośrodek Przygotowań Olimpijskich. Ja niestety nie dotarłam tam, ale słyszałam mnóstwo dobrych rzeczy o tym miejscu. Był ktoś może?


Tak przy okazji, na funpage bloga odbywa się konkurs. Przekazuję dalej Wędrującą Książkę, którą kiedyś wygrałam. Zgłoszenia na facebooku: https://www.facebook.com/WokoloSwiata do 5.06.2013 do godziny 23.59 czasu polskiego. 

.

środa, 22 maja 2013

29. Zwiedzając kolejną z wysp Kanaryjskich czyli południe Fuerteventury

W końcu się udało! Nie mówiłam nikomu co i jak, gdyż po pechowych przygodach z Budapesztem nie chciałam zapeszać. Na początku maja spędziłam 8 dni na kolejnej z wysp kanaryjskich-Fuerteventurze. Nawet nie zdawałam sobie sprawy jak bardzo był mi ten czas i to miejsce potrzebne. Odpoczęłam, totalnie się zrelaksowałam i wyluzowałam. Wróciłam do szkoły pełna energii, trochę bardziej brązowa i z mnóstwem chęci i jeszcze większą wiarą, że w końcu się zabiorę konkretnie za naukę i będzie to jakoś szło.

Jak wiecie, Fuerta to druga wyspa z tego archipelagu, którą miałam okazję zwiedzić. Pierwsza była Teneryfa w 2011 roku i tym wyjazdem zrobiłam sobie ogromną ochotę na kolejne. Od dawna wiedziałam, że na Wyspy Kanaryjskie wrócę zapewne nie raz, jednak czekałam na odpowiedni moment. Teraz zbieram pieniądze na Lanzarote lub Gran Canarię, a tymczasem będę Was zamęczać/rozpieszczać (nieodpowiednie skreślić) postami z Fuerteventury.


Jaka jest Fuerteventura? Zdecydowanie nowoczesna. Nie ma co tam szukać miejsc historycznych, starych budowli czy dzieł artystycznych. Za to pełna jest miejsc stworzonych tylko dla turystów, bardzo komercyjnych oraz naturalnych, pięknych plaż. To właśnie plaże stały się symbolem wyspy i to właśnie ten nieziemski, jasnożółty piasek wyróżnia Fuerteventurę spośród reszty Wysp Kanaryjskich.


Palmy- to rośliny, które uwielbiam. Najchętniej posadziłabym je na ogródku i czekała aż urosną, ale w naszym klimacie niestety nie ma to sensu. Prawie każde zdjęcie z Fuerteventury będzie przepełnione plamami, niektóre będą przedstawiały tylko i wyłącznie palmy w każdym możliwym kolorze i gatunku-wybaczcie, proszę.

Miejsce, które dobrze opisuje charakter Fuerteventury to półwysep Jandia (czytaj Handia). Znajduje się on na południu wyspy i jest chyba jednym z najbardziej komercyjnych miejsc jakie widziałam w życiu. Nie ma tam nic, oprócz hoteli i sklepów. Ceny są tam sporo wyższe niż na północy (no dobra, pocztówki tam są tańsze o 0.10 euro). Plaża za to jest piękna, długa i piaszczysta. Jandia to świetne miejsce dla ludzi bogatych, którzy chcą przeleżeć plackiem na plaży cały pobyt, nie mieć na tą plażę daleko i chcą mieszkać w luksusowym hotelu. Nie polecam tego miejsca tym, którzy chcą poczuć klimat wyspy, chcą zwiedzać i nie mają zbyt wiele funduszy.


Cała wyspa jest bardzo komercyjna. Hotele znajdują się w miejscach, które zostały stworzone właśnie dla hoteli i turystów. Jedyną miejscowością na Fuercie, gdzie można odpocząć od wszechobecnej komercji jest Corralejo na północy, ale o tym napiszę kiedy indziej. Na szczęście plaże są naturalne, piasek z Sahary przyleciał sam a nie trzeba było mu pomagać jak w przypadku niektórych plaż na Teneryfie.


Krajobraz jest dosyć zabawny. Najpierw ocean, potem kawałek plaży, zaraz kawałek suchych krzaków, następnie chodnik, ulica, deptak, hotele, hotele i pusty wulkan (a raczej to, co kiedyś było prwdopodobnie wulkanem).


Na plażę w Jandii można dostać się przez "mostek" prowadzący z deptaka na plażę. Całkiem niezła opcja, gdyż nie trzeba wcale brudzić nóg ani ich kaleczyć o małe, dosyć ostre krzaczki.


Jedną z atrakcji na półwyspie jest latarnia morska. Znajduje się zaraz przy mostku prowadzącym na plażę. Zaraz pod latarnią jest wc i przebieralnia. Jak to na Kanarach bywa, przebieralnia nie jest potrzebna, gdyż większość ludzi chodzi po plaży bez zbędnego balastu jakim jest ubranie czy chociażby bikini.


Zapewne zastanawiacie się dlaczego na zdjęciach jest tak mało ludzi. W maju na Fuerteventurę przyjeżdżają głównie starsze małżeństwa narodowości głównie niemieckiej. Jest ich wcale nie tak dużo. Mimo, że mówi się, że sezon na Wyspach Kanaryjskich trwa przez cały rok, jednak zdecydowanie widać różnicę pomiędzy majem a sierpniem. Niektóre sklepy i knajpy są pozamykane na czas, gdy klientów jest mniej, plaże są zdecydowanie bardziej puste, serwisy leżakowe jeszcze nie są porozkładane. Miałam okazję zobaczyć plaże Fuerteventury bez mnóstwa leżaków za 4 euro, parasolek i ludzi. Widok niezapomniany.






Jeśli chodzi o wodę, to w maju jest ona dosyć chłodna (18-20 stopni), ale my, zaprawieni w boju Polacy, kąpiący się w setkach tysięcy osób w Bałtyku jesteśmy przyzwyczajeni do takich temperatur. Na początku lekki szok termiczny, ale zaraz można pływać.


Temperatura jest za to idealna, jak praktycznie cały rok. Nie różni się niczym właściwie od lipca czy sierpnia. Jest tak samo słonecznie i ciepło jak w wakacje. Wiatr wieje tak, że czasem prawie głowę urywa, ale nie na darmo nazwa Fuerteventura jest tłumaczona jako wyspa wiatrów.




poniedziałek, 13 maja 2013

28. Greckie klimaty w portowym miasteczku czyli Symi

O wyspie Symi (czyt. Simi) dowiedziałam się w czasie pobytu na greckiej wyspie Rodos. Miałam sporo wątpliwości czy warto się tam wybrać, gdyż opinie na temat tego miejsca były bardzo różne. Z jednej strony słyszałam, że to wyspa tylko jednego widoku, wszystkie zdjęcia wyjdą tak samo i nie ma tam zupełnie nic. Inni zachwycali się możliwością wspinania się po zboczach góry, wspaniałą sielską atmosferą wyspy oraz samą historią. Dzisiaj mogę wiedzieć, że zdecydowanie nie żałuję ani wydanych na wycieczkę pieniędzy, ani czasu, który tam spędziłam. Wyspa jest wspaniała i warta zobaczenia.


Nazwa Symi pochodzi od imienia jednej z nimf-Syme. To malutka wyspa położona ponad 40 km od Rodos. Ma powierzchnię 58,1  km². Co ciekawe na wyspie nie ma wody pitnej- woda dowożona jest przy transporcie turystów przez ogromne statki.  Podobno na wyspie jest jedna droga, która łączy większe miejscowości. Większe miejscowości wcale nie są duże, gdyż całkowita liczba ludzi zamieszkujących wyspę to lekko ponad 2500 osób.

Podróż na wyspę Symi rozpoczęłam w porcie Mandraki na Rodos. Tam wsiadłam na prom na wyspę Symi. Było bardzo wcześnie rano, a słońce grzało już potwornie. Płynęliśmy około godziny, mijając po drodze mnóstwo mniejszych i większych wysepek, innych statków, żaglówek oraz małych domków na brzegach morza.

Gdy w oddali zaczęły pojawiać się pierwsze domki wiedzieliśmy, że powoli należy zacząć się szykować do wyjścia z promu. Przy wsiadaniu wydawał się być znacznie mniejszy i mniej pojemny, Dopiero na wyspie okazało się, że jest ogromny i mieści prawie 1000 osób!


Często zarzuca się wyspie Symi, że jest słynna tylko i wyłącznie z połowu gąbek oraz jednego, pocztówkowego widoku. Moim zdaniem to nie prawda. Dla osoby, która przypłynęła na Symi i nie ruszyła się nawet aby cokolwiek zobaczyć takie wrażenie będzie oczywiste. Jednak ja zaraz po przejściu portu z przewodnikiem udałam się na mały spacer po wyspie. Po drodze kilka razy się zgubiłam, ale co widziałam to moje.


Symi była kiedyś najbogatszą wyspą Dodekanezu. Całe jej bogactwo pochodziło z połowu gąbek, które są czymś pomiędzy rośliną a zwierzęciem. Gąbkę każdy kojarzy z kąpielą i tak też jest. Te "żyjątka" mają właśnie takie przeznaczenie. Ale to nie takie jak kupujemy w supermarkecie za 2 złote. Gąbki poławiane na Symi to naturalne, brązowożółte gąbki, które mają bardzo wiele rodzajów, o czym przekonałam się właśnie na tam. Niektóre są chropowate i mogą służyć do mycia i peelengowania twarzy, inne znowu delikatne do mycia ciała a jeszcze inne do mycia rąk. Cena takiej gąbki to kilka do kilkanaście euro. Ale muszę przyznać, że są one bardzo wytrzymałe-można ich używać często, jednak należy pamiętać o dobrym wypłukaniu i wysuszeniu po każdym użyciu, aby nie gromadziły się bakterie.


Miałam okazję wysłuchać opowieści mężczyzny, który zajmuje się poławianiem i sprzedażą gąbek. Opowiadał o swojej rodzinie, pokazywał zdjęcia. Jego dziadek zajmował się tym samym. Gąbki rosną na znacznej głębokości, dlatego trzeba było po nie nurkować. Niestety sprzęt do nurkowania kilkadziesiąt lat temu nie istniał, więc przywiązywano sobie kamienie i takim sposobem dostawano się na dno. Oczywiście bez tlenu ani żadnego sprzętu. Gąbki wycinano a następnie wypływało się jakoś na powierzchnię. Jak nie trudno się domyśleć, wiele osób straciło w ten sposób swoje życie. Dzisiaj już sprzęt do nurkowania nie jest problemem, toteż łowienie gąbek także stało się sporo prostsze.


Każdy prom przypływa najpierw do portu głównego na wyspie. To tam mieszka większość mieszkańców wyspy. Zajmują się oni głównie turystyką i handlem a także łowieniem ryb. Jest możliwość wynajęcia pokoju w hotelu na wyspie, jednak trzeba wiedzieć, że plaża tutaj to wyższa szkoła jazdy a raczej pływania. Przy porcie plaże nie istnieją. Jest możliwość wynajęcia prywatniej wodnej taksówki, która przeprawi pasażerów na plażę, na której prawdopodobnie nie będzie wiele ludzi. Wieczorem taka taksówka przypłynie po pasażerów ponownie. Oczywiście taka przyjemność sporo kosztuje, ale jak już ktoś się poświęca na tyle, żeby na Symi w ogóle dotrzeć, to chyba nic dla niego nie będzie drogie. Z hotelami jest sytuacja dosyć zabawna, gdyż nawet na popularnych serwisach rezerwacyjnych można wynająć pokój za dosyć wysoką cenę.


Port w dzień wygląda bardzo normalnie. Kilka małych statków, jeden lub dwa większe z Rodos lub wybrzeży Turcji i tyle. Natomiast wieczorem, gdy wielkie promy odpływają zabierając jednodniowych turystów, do portu przybijają bogate jachty i port zupełnie się zmienia. Słyszałam, że wiele gwiazd Hollywood gościło swoimi jachtami u wybrzeży wyspy Symi. Ja nikogo sławnego nie spotkałam.


Jak widać na zdjęciu powyżej, przy porcie jest miasteczko a za miasteczkiem nie ma nic. Gdzieś podobno dalej znajduje się jakaś droga mająca coś koło 40 km o ile dobrze pamiętam. Ale nie widziałam na Symi ani jednego samochodu, więc sądzę, że ludzie posiadają łódki, albo korzystają z transportu drogą morską.


Podobno jest możliwość aby dostać się na szczyt tego wzgórza na zdjęciu powyżej. Przyznam się, że nawet ja próbowałam się tam dostać. Skutek jednak był bardzo kiepski. ponad 40 stopni, ja ledwo żyjąca mogąca spożywać jedynie wodę od 2 dni, osłabiona, próbowałam wdrapać się na górę po niezliczonej ilości schodów. Dotarłam prawdopodobnie do samej góry, ale było tyle dróg że nie wiedziałam którą iść, poszłam pierwszą-lepszą. Potem dotarłam donikąd. Następnie wróciłam, ale zaplątałam się na tyle, że nie wiedziałam zupełnie gdzie było rozwidlenie tej drogi którą przyszłam. Spanikowałam trochę i szłam przed siebie. Takim sposobem znalazłam się z powrotem na dole. Co ciekawe, idąc pod górę znalazłam na sporek wysokości kafejkę internetową. No i trochę czar prysł, gdyż wyspa wydawała się być odrobinę bardziej dzika i mniej cywilizowana od reszty...


Na wyspie znajdziemy kilka ciekawych kościołów. Jeden z nich powyżej, niestety nie zmieścił się cały, więc uchwyciłam tylko wierzę. Właściwie nie wiem dlaczego nie zwiedziłam go w środku.. Pewnie było zabronione czy coś.


Gubiąc się w miniaturowych uliczkach Symi można sporo zobaczyć. Spokojne, greckie życie codziennie, ludzie pracujący w stolarni, kolorowe domki i wszechobecne schody.


Schody na Symi są wszędzie. Dosłownie. Nie ma górek, nie ma chodników pod górę. Tylko i wyłącznie schody. Ale za to jakie bardzo różne. Niektóre białe, niektóre kamienne, niektóre znowu drewniane. Prawdziwe dzieła sztuki niektóre.


Idąc jeszcze główną trasą mijałam domy i mnóstwo kotów. Tak jakby ta trasa nie była najbardziej uczęszczaną w miasteczku, jakby turyści nie chodzili jak mrówki tymi schodami do góry i do góry i jeszcze bardziej do góry.


Będąc na wzgórzu stwierdziłam, że skoro i tak się zgubiłam to przynajmniej zdjęcia ładne zrobię. I tak właśnie wygląda Symi ze wzgórza. Niebieska woda, białe domki i jachty.


Kolejna uliczka przez którą miałam okazję się przeciskać. W oddali widać kolorowe kwiaty, których było na wyspie miejscami całkiem sporo. Do tego soczysta zieleń i aż nie chce się schodzić niżej.



Wspaniały pomysł, aby umieścić na schodach napisy. Nie mam pojęcia co one oznaczają, niestety. Ale wyglądają świetnie i robią ogromne wrażenie.


Okazuje się, że po zwiedzeniu portu nasza wycieczka jeszcze się nie kończy. Przed nami miejsce kultu Greków-taka nasza mała Częstochowa. O tym kolejnym razem.


Wycieczkę na Symi polecam zdecydowanie. Cena jest dosyć wysoka przy wycieczkach fakultatywnych (około 45 euro), jednak jest możliwość aby popłynąć z Rodos prywatnym jachtem. Aby dowiedzieć się więcej o takiej możliwości należy udać się do partu i po prostu przejść. Prawdopodobnie skończymy z mnóstwem ulotek w ręku lub też wykupioną wycieczką.

czwartek, 2 maja 2013

27. Południowowłoskie wakacje czyli o Taorminie słów kilka...

Kilka lat temu będąc na Sycylii pamiętam, że pomyślałam sobie : "Za kilka lat wrócę tutaj, zamieszkam w jakimś luksusowym hotelu w Taorminie i po raz kolejny zwiedzę tą wspaniałą wyspę". Mimo, że wtedy mieszkałam w Catanii, to właśnie w Taorminie zakochałam się od razu. Byłam tam zaledwie kilka godzin i stwierdziłam, że to miasto jest właśnie tym miejscem, gdzie kiedyś chciałabym spędzić trochę więcej czasu. Bardzo ubolewam, że zdecydowałyśmy się wziąć tylko jeden aparat, który padł nam w połowie zwiedzania. Zdjęć jest niewiele ale, moim zdaniem, są piękne. A raczej widoki na nich, bo zdjęcia same w sobie pozostawiają bardzo dużo do życzenia. 


Zdjęcie powyżej zrobione zostało w drodze do Taorminy. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy po przypłynięciu na Sycylię to mnóstwo oleandrów pomiędzy pasami autostrady. Od razu poczułam się jak w jakimś egzotycznym i przyjemnym miejscu.


Po wjechaniu autokarem pod Taorminę, udajemy się do autobusu "miejskiego", który zabierze nas do miasta. Moim zdaniem świetny pomysł, bo jak wiadomo nic nie utrudnia tak poruszania się po mieście jak wielkie autobusy przeciskające się przez wąskie, włosie uliczki. Już na parkingu na dole mamy okazję zakupić różne pamiątki z Taorminy, między innymi ozdobne talerzyki, pocztówki czy obrazki.


Samo miasto jest typowym południowowłoskim miasteczkiem, gdzie życie biegnie powoli, upał leje sięz nieba a turyści przechadzają się wąskimi uliczkami między dwoma budynkami. Wybierając zdjęcia do tego posta zauważyłam, że budynki mają bardzo podobny kolor. Nie pamiętam teraz czy tak jest naprawdę, gdyż będąc tam nie zauważyłam tego.


Mieszkańcy Taorminy uwielbiają detale. Tutaj figurka, tam jakaś płaskorzeźba. Generalnie idąc uliczkami można się naoglądać najprzeróżniejszych cudów.


We włoskich miejscowościach urzekały mnie zielone, kwitnące ogrody oraz drzewa, których gałęzie zwisały z dachów. Zawsze to odrobinę cienia więcej, a przy temperaturze około 35 stopni to właśnie cień jest tym, na co się czeka przez całe zwiedzanie.


Miejscem z którego słynie Taormina jest teatr grecki. Jak większość wysp na morzu śródziemnym, Sycylia należała wcześnie do Grecji. To właśnie dlatego znajduje się tam jeden z lepiej zachowanych teatrów greckich, który do dzisiaj jest wykorzystywany na koncerty czy pokazy. Zdjęcie tego teatru możemy bardzo często spotkać w podręcznikach do historii w czasie omawiania Grecji i Rzymu.


Wejście na teren teatru. Dla osób, które swoją przygodę ze studiami już skończyły, lub wcale jej nie rozpoczęły bilet wstępu jest dosyć drogi (około 8 euro). W większości miejsc we Włoszech cena biletu zależy od wieku. Z reguły drożej mają osoby powyżej 26 roku życia lub Ci, którzy mają mniej ale nie są studentami. Dla mnie to świetna sprawa, gdyż mając naście lat mogłam zwiedzić mnóstwo miejsc nie płacąc za to nic.


Palmy kocham w każdej postaci. Nawet w domu mam jedną mini-wersję. To właśnie one mnie tak przyciągają w ciepłe, niekiedy pustynne miejsca. Znajdziecie ich na moich zdjęciach bardzo dużo, gdyż są idealnymi obiektami do fotografowania-duże, majestatyczne, rzucają cudowny cień na budynki czy ulice.




Teren teatru jest pełen zieleni. Dalej już tylko piękne widoki i antyczny teatr. Ale przyznam, że ciężko jest się skupić na oglądaniu starego teatru gdy wokoło są takie widoki!


Ten widok to dla mnie kwintesencja Taorminy. Na żywo wygląda miliard razy lepiej, z każdej strony można zobaczyć podobny krajobraz.


Tutaj już słynne teatro antico. Akurat trwały przygotowania do występu artystycznego. Teatr robi niesamowicie ogromne wrażenie. Jest idealnie zachowany, zadbany i co najważniejsze-wciąż używany do występów muzycznych czy teatralnych. Nie jest tylko zabytkiem, który marnuje się i zarabia na swoje utrzymanie jedynie jako zabytek dla wycieczek autokarowych, jest miejscem historycznym, ale żywym.


Sielankowe włoskie widoki na okolicę. Domek, który "wyrósł" nad teatrem. Podejrzewam, że nie jest tak antyczny jak teatr, ale też robi niezłe wrażenie. Szczególnie wyrastające praktycznie na skale drzewa.


Coś, czego zazdroszczę włochom-soczyste pomarańcze prosto z drzewa. Jeszcze nie miałam nigdy okazji spróbować takich, ale mam nadzieję, że takowa nadarzy się niebawem.


Jak już wspominałam, budynki w Taorminie mają kolory różowe, lub zbliżone do różowego. Przynajmniej tak wynika z moich zdjęć. O dziwo nie zauważyłam tego w czasie pobytu, więc może to tylko takie wrażenie ze zdjęć.

Po spacerze po Taorminie mogę stwierdzić, że to taki mały włoski Paryż na Sycylii. Na jednej ulicy znajduje się mnóstwo sklepów najlepszych światowych projektantów. Oczywiście nie odmówiłam sobie przyjemności zwiedzenia takich butików od środka, na co sprzedawcy różnie reagowali. Bo przecież od razu było wiadomo, że taka 14 latka nic nie kupi w butiku D&G. Mimo wszystko fajne było poczuć atmosferę drogich luksusowych butików.


Nie tylko ja należę do osób, które mimo masakrycznie wysokich cen, pokochały Taorminę. To miasto ma w sobie coś, czego nie da się normalnie, słowami opisać. Jedyną możliwością aby tego nienazwanego czegoś doświadczyć, jest pobyt w tym miasteczku i poczucie jego leniwej atmosfery i skwaru lejącego się z nieba.


Nawet na końcu uliczki znajduje się mały tarasik z nieziemskim widokiem, za który milion osób dałoby się pokroić.


Kolejnym punktem do zobaczenia w Taorminie był ogród. Miejsce, gdzie zieleni jest niezmierzona ilość, poprzeplatana kolorowymi kwiatami, ścianami z różowych kwiatów czy armatami niewiadomego pochodzenia. Wszystko to zaaranżowane w piękny, kolorowy ogród, gdzie można się zrelaksować lub odpocząć od gorąca.






Z tego co pamiętam, nie jest to miejsce nawiedzane przez mrowiska turystów. Było nas wtedy niewiele, choć sezon już rozkwitł w pełni.




Kolejna wielka zaleta: Mimo, że Taormina jest bardzo droga, wstęp do tego ogrodu jest darmowy. Można się tam przechadzać do woli. I z tego co pamiętam, to właśnie stamtąd rozpościerał się najpiękniejszy widok na zatokę.

Ściana z kwiatów to świetny pomysł. Robi niesamowite wrażenie.

Cała Taormina to miejsce dosyć luksusowe, chociaż przyjeżdżając na chwilę nie odczujemy tego aż tak bardzo. Ludzie są tam sympatyczni, widoki cudowne a na dodatek typowa południowo włoska pogoda.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...