czwartek, 17 stycznia 2013

16. Gorąco i cudownie w Fethiye

Fethiye to przepiękne miasto w południowej części Turcji na wybrzeżu likijskim. Znalazłam się tam zupełnie przypadkiem. W czasie pobytu na Rodos okazało się, że jest możliwość zwiedzenia tego kawałka Turcji. Szczerze mówiąc od razu byłam chętna, gdyż marzyła mi się pierwsza pieczątka w paszporcie. Mój stary paszport był pełen różnokolorowych pieczątek z kilku krajów. Odkąd mam nowy (czyli mniej więcej od 2009 roku), mimo, że podróżuję całkiem sporo, świeci on pustkami. Miałam nadzieję, że wreszcie uda się zdobyć pierwszą pieczątkę i zapełnić te puste, smutne strony. I oczywiście zwiedzić miejsce w którym jeszcze nie byłam a nawet nigdy wcześniej nie słyszałam.


Jak wiadomo na wakacjach czas płynie inaczej. Ja osobiście uwielbiam kąpiele w morzu, chodzenie jego brzegiem, gdy fale obmywają stopy a także leżenie na piasku. Nie jest niczym dziwnym wstawanie po godzinie 10, chodzenie spać po 3 rano. Ale czasem trzeba się poświęcić i tak jak w czasie wycieczki do Fethiye wstać o tej 6 (godzina 5 czasu polskiego) i wymaszerować na przystanek autobusowy. Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło: widziałam wschód słońca na wyspie pierwszy i ostatni raz, bo aż do ostatniego dnia pobytu obiecywałam sobie, że wstanę i pójdę te 300 m na plażę. Nigdy jednak nie doszło to do skutku.


Gdy doczekaliśmy naszego autobusu, ruszyliśmy do portu Mandraki na Rodos. Tam w oddali zobaczyliśmy kolumny jelenia i łani mające strzec wejścia do portu a także słynny fort.


Katamaranem udaliśmy się do wybrzeża Turcji. Tam na samym początku zadziwił mnie układ budynków. Znajdują się one na zboczy wzgórza i poukładane są piętrowo. Bardzo mi się to spodobało. Nie miałabym nic przeciwko mieszkaniu w takiej miejscowości z widokiem na port i morze.


Na samym początku zaraz po wydostaniu się z katamaranu, udaliśmy się pod pomnik pilota-Fethiya Bey'a. To właśnie ku jego czci miasto nosi taką nazwę od 1934 roku. Wcześniej nazywało się Megri, natomiast w czasach starożytnych jego nazwa to Telmessos.



Zaraz za pomnikiem dzielnego pilota znajdują się ruiny starożytnego helleńskiego teatru. Szczerze mówiąc wrażenie wielkiego nie robią, gdyż jest to tylko kupa zaniedbanych kamieni z tabliczką.


Oczywiście jak wszędzie mnóstwo turystów w szczycie sezonu turystycznego. Fethiye jest miasteczkiem mniej turystycznym niż Bodrum czy Antalya, szczególnie, że dzielnica hotelowa znajduje się kilka kilometrów od centrum. 


Następnym przystankiem było miejsce z którego Fethiye bez wątpienia słynie w świecie. Są to grobowce wykute w skale, a szczególnie jeden z nich-grób Amyntasa. Jak się dowiedziałam, grobowce te pochodzą z V-IV wieku przed naszą erą. Szokująca jest ich wielkość i ogrom pracy, jaki musiał zostać włożony w ich zrobienie. Obserwowałam je jedynie z dołu, gdyż cena za wejście po schodach to 6 euro. Na blogu Wędrownych Ufali  dowiedziałam się, że jest możliwość wejścia za darmo. Ale po więcej informacji na ten temat zapraszam na ich bloga.


Grobowce są bardzo dokładnie wykute w skale. Do dzisiaj nie do końca wiadomo jak zostały one zrobione. Początkowo przypuszczano, że rzemieślnik był przywiązany liną i do góry nogami rzeźbił je. Jednak nie jest to możliwe, gdyż jego praca trwałaby bardzo długo w takiej pozycji. Prawdopodobną wersją jest, że rzemieślnik był spuszczany w koszu na linie i z pożywieniem i potrzebnymi narzędziami misternie kuł skałę całymi dniami (w upalny, Tureckim słońcu).


Grobowce można zauważyć już z oddali. Wyglądają ciekawie i intrygująco. Chyba jednak żałuję, że nie widziałam ich w środku. Ale z drugiej strony wszystkie bogactwa, które tam były w czasie pochówku zmarłego, zostały zrabowane przez poszukiwaczy skarbów. 



Poniżej widok z knajpki pod grobowcami. Piłam tam przepyszny sok ze świeżo wyciskanych pomarańczy. Muszę przyznać, że biznes w Turcji ma się świetnie. Tu płatne grobowce, tam soki a za chwilę  toalety ;). 


I coś, co mi się bardzo spodobało. Przy jednym z domów przyuważyłam murek pomalowany w wesoły deseń. Było słońce, rybki a wcześniej fale.


O fabryce słodyczy już pisałam <tutaj> .


Na samym końcu zwiedzałam miasto. Z jednej strony na poziomie "0" sklepy, butiki z pseudooryginalnymi ubraniami, a podnosząc głowę odrobinę wyżej zauważymy piętrowo poustawiane zwykłe domki najzwyklejszych mieszkańców.


W Fethiye jest również targ. Dla mnie dosyć nietypowy. Wybieramy sobie rybę/owoce morskie/inne cuda, płacimy za to a następnie restaurator przejmuje nasze zamówienie i je przygotowuje według własnej receptury. Oczywiście płacimy mu za to. Zapach jest okropny (nie lubię ryb), ale smakoszom morskich specjałów najwyraźniej to nie przeszkadza.


W restauracji każda osoba dostaje wodę, a na stole dostajemy przepyszne masło, coś między bagietką a chlebem oraz sałatkę. Ja umierałam już z głodu po całodziennym zwiedzaniu i zasłodziłam się słodyczami, dlatego ze smakiem zjadłam bagietkę posmarowaną masłem z pomidorem z sałatki. 


Kolejną charakterystyczną rzeczą w tej części Turcji są drewniane witryny. Wyglądają one niczym przyczepione do domów drewniane budki. Jest ich całkiem sporo i są najprzeróżniejsze. Jedne są zwykłe drewniane, inne z witrażem. Jednak wszystkie są ciekawe i charakterystyczne.



A tutaj to, co lubię najbardziej czyli zimne lody dla ochłody. Gdy temperatura przekracza 40 stopni (a wtedy na pewno przekraczała), żaden rozmiar lodów nie jest zły i im więcej tym lepiej. Trochę niewyraźnie wyglądam, ale sens zdjęcia zachowany więc enjoy!


To o Fethiye tyle. Jako ciekawostkę dodam, że w Fethiye kręcone były niektóre zdjęcia do najnowszej części Jamesa Bonda "Skyfall". Aktor grający główną rolę tak był zachwycony tym miastem i okolicą, że podobno zarezerwował już hotel na swój urlop.

Gdy wróciłam na Rodos słońce się już chowało i stworzyło ciekawą otoczkę fortyfikacji.



Oczywiście pieczątki w paszporcie nie mam nadal. Okazało się, że naszymi "pieczątkami" były boarding card. Na pamiątkę zrobiłam sobie zdjęcie swojej, to tak w ramach tej nieistniejącej pieczątki. Ale planuję oczywiście uzupełnienie mojego paszportu i na pewno dam znać jak mi idzie.




W przyszłym tygodniu mogą być małe zawirowania z postami, gdyż uwaga, uwaga-wylatuję. Gdzie? Dowiecie się zapewne z mojego funpage'a na Facebook'u, gdzie będę starała się zamieszczać jakieś aktualności, aby wszyscy (a w szczególności rodzice) wiedzieli, że żyję i mam się całkiem dobrze. Dlatego wszystkich ciekawych i zainteresowanych zapraszam do kliknięcia "lajka" na stronie: https://www.facebook.com/WokoloSwiata


6 komentarzy:

  1. Te grobowce to jedne z tych budowli, and którymi człowiek będzie się przez lata zastanawiał jak zostały wykonane. Pomimo upływu lat i obecnemu zniszczeniu wciąż potrafią zrobić wrażenie na turystach.

    OdpowiedzUsuń
  2. Hej :) tak sobie myślimy ostatnio ze znajomymi co by do Turcji w tym roku uderzyć :) z tego co widze, masz same dobre wspomnienia :) ale chodzi mi głównie, skąd się tam wybrałaś (biuro podróży, czy coś innego)?, samolotem?, czy drogo?, no i czy będąc 2 tygodnie wystarczy by dużo zwiedzić, a nie zbankrutować ;) ? i jeszcze jedno pytanko: byłaś może w Kapadocji i Pammukale? :)
    Pozdrawiam ciepło :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Po pierwsze dzięki za odpis :)
    Po drugie: a widzisz... a ja myślałam, ze byłaś w Turcji i zwiedziłaś przy okazji Rodos, a tu odwrotnie ;)
    No nic, tak czy siak, dzięki, a jak będę coś wiedzieć, gdzie jadę i czy w ogóle jadę, dam znać :) ale liczę, że się uda :) Chodzi nam po głowie jeszcze jedno piękne państwo, ale jak wyjdzie, to będę o nim opowiadać :)
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Cała Turcja: i piękne widoki, i te mniej przyjemne (ja tych piętrowych bloków bardzo nie lubię! ;)), stare grobowce i płatne toalety. Nic dodać, nic ująć :)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...